Temat: "Parszywy Jar"- Moje opowiadanie.
Hej, w ostatni weekend napisałem opowiadanie historyczne na szkolny konkurs języka polskiego. Chciałem wam je przedstawić, miało być więcej archaizmów, ale kiedy już pisałem całkowicie o tym zapomniałem. Wersja ostateczna, w środę oddaje.
Polecam przeczytać to opowiadanie w całości, ponieważ z końcówki jestem bardzo zadowolony ![]()
P.S: Nie odpowiadam za pomyłki historyczne ![]()
Oskar Nowiński-
„Parszywy Jar”
Józef, rycerz z ziemi mazowieckiej zbudził się wraz z pierwszymi promieniami słońca. Wstał. Ubrał się w wyjściowe ubranie, okrył się futrem i wyszedł ze swojego namiotu. Spojrzał na cały obóz . Wioska Karczowo wynajęła oddział żołnierzy, którym dowodził Józef, aby eskortować karawanę z towarami do Poznania. Byli w połowie drogi po czterech dniach podróży. Obóz rozbili na wielkiej równinie, gdzie horyzont ograniczała granica lasu. Nad lasem widniała pomarańczowa poświata, lecz świat pokrywał jeszcze mrok.
W obozie kilku chłopów już się krzątało, aby sprawdzić stan towarów, popatrzeć jak mają się konie i inne ważne sprawy. Odział liczył dwudziestu żołnierzy, po co więcej jeśli tereny te są dość gęsto zaludnione i bandytów tutaj coraz mniej.
Józef nie był już pierwszej młodości, liczył trzydzieści trzy wiosny i zyskał przez ten czas bardzo dużo doświadczenia. Jako młodzieniec wyruszał z ojcem w dalekie podróże, i tam właśnie bardzo dużo się nauczył o sztuce wojny. Był rok 1379, zima… Na szczęście mrozy były do wytrzymania .
Nie wyglądał na ten wiek, wyglądał na starszego. Nad okiem znajdowały się krzaczaste brwi, a twarz zdobiła krzaczasta broda. Pod okiem, na kości oczodołowej widniała blada szrama długa na dwa centymetry.
Na środku obozu przez całą noc płonęło ognisko, podszedł aby się ogrzać. Wieść o tym, że dowódca już się obudził szybko się rozeszła po obozie i żołnierze budzeni przez wartowników, wstawali niechętnie. To, że dowódca wstał było dla nich równoznaczne z tym że już czas ruszać, lecz Józefowi na tym nie zależało.
Z namiotu Józefa wyszedł jego przyjaciel Harold, miesiąc temu mianowany na zastępcę dowódcy. Znali się od dzieciństwa, zawsze bardziej schludniejszy i uporządkowany, nienawidzący chaosu, czyli całkowita przeciwność Józefa. Herold podszedł:
-Witaj.- Uścisnął mu dłoń. Jego twarz połyskiwała gładkością w przeciwieństwie do Józefa.- Dziś szybciej ruszamy?
-Nie było to w planie, lecz jeśli wszyscy tak rwą się do roboty to czemu nie. – Józef się uśmiechnął. Harold odszedł w głąb namiotu.
Oddział zaczął się pakować szybciej niż tego spodziewał się Józef: namioty zostały opróżnione w ciągu najbliższej połowy godziny, a zwinięte zostały w ciągu kolejnej godziny. Słońce już świeciło wysoko nad lasem, kiedy oddział był gotowy do drogi, ruszyli w kierunku lasu.
***
Tutejsze lasy były wyjątkowo gęste, osady często były spotykane, więc spotkanie się z grupami barbarzyńskimi graniczyły z cudem.
-Dlaczego wybrałeś akurat to zlecenie? – spytał Harold – Mieliśmy wiele innych propozycji, za wyższą cenę.
-Ponieważ to całkiem prosta wyprawa. – odpowiedział szybko, pewnie i zwięźle Józef
-Kłamiesz.- Harold przerwał. Józef spodziewał się tej odpowiedzi.- Oboje wiemy że twój ojciec tutaj zginął i masz głęboką nadzieje że spotkasz tutaj jego oprawców.
-Tak, to moja prywatna zemsta i odwiedzenie miejsca śmierci mojego ojca, więc to nie twoja sprawa, Haroldzie.
-Człowieku ! Odpocznij. Od dziesięcioleci ganiasz po tych terenach aby pomścić ojca! Pomyśl logicznie, człowiek, który zabił twojego ojca pewnie już dawno jest zżarty przez robactwo. Los barbarzyńców jest ostatnimi laty właśnie taki. Tracisz życie ja przez ten czas poznałem wspaniałą pannę, której ślubowałem, mam moje kochane dzieci, które są moim największym skarbem, a ty przez te lata pragniesz barbarzyńskiej krwi, która i tak już dawno nasączyła te ziemie wystarczająco.- Harold wyraźnie zmęczył się tą wypowiedzią. Na chwilę zapadło milczenie. Józef zapatrzył się na wiewiórkę wspinającą się na stary, potężny dąb.
- Może to i prawda, ale nie skończę mojej gonitwy dopóki, dopóty ostatni barbarzyńca na tych ziemiach nie padnie z mojej ręki. Ojciec tak wiele mnie nauczył, był dla mnie kimś wspaniałym, to jemu zawdzięczam wiedzę i moje życie. – Józef obejrzał się w stronę lasu. Nagie, pozbawione kolorów i liści drzewa stały w chaosie, dokładnie jak życie Józefa. Jego matka, kiedy miał osiem wiosen wyprowadziła się z domu, Józef do teraz nie wiedział dlaczego, z dnia na dzień miłość jego rodziców przerodziła się w nienawiść. Zostawiając go ojcu nie pozostawiła mu wyboru w tym, że już w tym momencie będzie musiał skończyć dzieciństwo i już wkrótce wyruszać za ojcem na dalekie wyprawy wojenne.
Za godzinę, może dwie niebo przysłoniło się jasno-siwymi chmurami i zerwał się zimny wiatr, a potem zaczął padać śnieg. Józef postanowił znów zatrzymać się na noc, ponieważ ludzie nie wytrzymują takiej pogody.
Gdzieś w ogonach karawany było słychać jakiś głośniejszy szmer, a po chwili do Jozefa przybył jeden z oficerów oddziału i rzekł:
- Jeden z naszych ludzi zauważył jakiś oddział w lesie.
- Kiedy to się zdarzyło?- Józef i Harold się zatrzymali, co dało początek fali zatrzymań całej, długiej karawany.
-Zanim przyszła śnieżyca.
-Późno, zdecydowanie za późno o tym mówicie!- Harold szybciej wypowiedział to zdanie od Józefa.
-Jak wyglądali?- zapytał Józef.
-Byli ubrani w skórzane kurtki i byli uzbrojeni w łuki. Patrzyli się na nas, lecz po chwili zniknęli.- Na chwilę zapanowała cisza w całej karawanie.
-Śledzą nas, lecz to nie przeszkodzi w rozbiciu obozu. Możesz odejść.- Józef odwołał oficera ręką, Harold wyraźnie zaniepokojony mówił:
-To co teraz robisz jest niedorzeczne ! Oni nas śledzą, sam to mówisz, czekają na nasz błąd !- Józef nie odpowiedział.- Wiem, po prostu chcesz walki, chcesz krwi bandytów, oprawców twojego ojca ! Nie liczysz się z życiem innych !
-Dobrze ! Dobrze! Niech ci będzie, będziemy jechać tak długo, póki nasi ludzie i konie zamarzną z zimna.- Józef z Haroldem obejrzeli się do tyłu, i słusznie stwierdzili, że są najciekawszym punktem całej karawany.- Niech bóg ma nas w swojej opiece….
***
Kiedy nastał mrok oddział i chłopi dostali rozkaz zachowywać się całkowicie cicho, jechali po ciemku żeby nie byli zbyt widoczni. Światło księżyca odbijało się od śniegu oświetlając im to co było kilka metrów od nich. Wiatr na szczęście ustał co sprawiło, że szło się łatwiej, tylko śnieg prószył.
Układ żołnierzy i chłopów w karawanie nie był najtrudniejszy: z przodu, z tyłu i po bokach szły oddziały żołnierzy, a w środku szli chłopi ze swoimi towarami, oni również uzbrojeni, lecz w siekiery i widły.
W pewnej sekundzie, jakich wiele było w ciągu tej nocy między karawaną rozległ się świst i cztery strzały nie wiadomo skąd wbiły się po czterech kątach jednego z powozów chłopów. W karawanie rozległ się krzyk i chłopi wpadli w panikę, żołnierze nie wiedzieli co robić. Teraz przed Józefem stanął wybór: wykrzyknąć rozkaz- wtedy dowiedzieliby się gdzie jest dowódca, podać po cichu rozkaz jednemu z oficerów- wtedy ryzykowałby życie ludzi. Wybrał te pierwsze wyjście, i tak barbarzyńscy musieli ich dokładnie widzieć trafiając tak precyzyjnie w ziemie...
-Tarcze w dłoń ! Uwaga na strzały! Ruszamy! Szybciej, szybciej !- rozległ się kolejny szmer. Konni żołnierze wzięli ze sobą po jednym z pieszych, a ci którym się nie poszczęściło musieli wejść do powozów chłopskich.
Znacznie zwiększyli prędkość nie niszcząc szyków, z tego Józef był zadowolony, lecz bardzo dziwiła go jedna rzecz, cztery strzały zostały wystrzelone już dwie godziny temu, a do teraz nikt nie atakował…
***
Gdy przyszedł świt wyjechali na równinę, na wydającą się bezkresną, białą pustynie. Na horyzoncie pojawił się jakiś lasek, może zagajnik, czymkolwiek to było, to i tak tam postanowili się zatrzymać.
Po godzinie drogi ten mały zagajnik okazał się wielkim jarem, zjechali w dół. Po obu stronach były strome zbocza, porośnięte wielkimi drzewami rosnącymi pod tak dziwnym kątem, że człowiek miał wrażenie upadania tych drzew prosto na niego. W środku była szeroka droga, to nie było dobre miejsce na zatrzymanie się. Kawałek dalej jar się znacznie rozszerzył i po lewej stronie była całkiem dobra na zatrzymanie się mała polanka, cała pokryta śniegiem, lecz od drogi zasłonięta drzewami.
Trochę długo zajęło tym razem rozbicie obozu, głównie z powodu zmęczenia ludzi, ale także z ich niskich morale, obniżonych atakiem przez bandytów i tym że ktoś inny wciąż ich obserwuje. Jeden z żołnierzy podszedł do Józefa:
- Jedzenie się już kończy, nie ma co jeść.- Józef nie zbyt przejęty tą sprawą odpowiedział
- Pożyczcie coś od chłopów.- Nie minęła chwila, jak na środku obozu doszło do bójki Józef wyszedł na środek i odepchnął od siebie dwóch mężczyzn: chłopa i żołnierza.
- Panowie, panowie co się dzieje?
- Nie oddamy wam jedzenia to co mamy musimy zawieźć i mamy też dla siebie przeznaczone racje żywnościowe.
- Nie ma szans na kupno?- Józefa już zaczynała irytować ta sytuacja.
- Haa, płacimy wam za eskortę to jeszcze chcecie jedzenia?- Chłop zrobił bardzo dumną minę, która miała chyba oznaczać „I co, zabijesz mnie?” ale zdecydowanie mu nie wyszła. Józef miał dość tego młodego chłopa, tak jak i reszta żołnierzy, którzy zebrali się w krąg z minami takimi, jakby chcieli wychłostać chłopa. Józef nie odpowiedział na jego pytanie tylko poszedł przed siebie uderzając chłopa ramieniem.
-Ty, ty i ty.- Józef wskazał na czterech żołnierzy po kolei. – Pójdziecie upolować jakiegoś zwierzaka. – Po tych słowach ruszyli w górę zbocza wąwozu, wykonując rozkaz.
Józef wszedł do swojego namiotu, w którym siedział Harold, patrzył na mapę tutejszych terenów.
- Niewyspani ludzie to mnóstwo problemów.- nie podnosząc oczu z nad kawałka pergaminu rzekł Harold.
-Taa, bóg nie przykazał zachowywać się jak ci chłopi, ale to już inna sprawa.- Józef położył się na małym sienniku i zasnął.
***
Płynął statkiem w bezkresny, morski horyzont, fale wybijały jego statek w górę, po czym dziób znów upadał z trzaskiem w wodę, jednak bujanie stawało się nie do zniesienia. Józef usłyszał głosy, nie dały mu spokojnie śnić.
-Obudź się, Józef! Obudź się ! Jezu Chryste, obudź go! – krzyczał Harold.
- No tak… tak już wstaje…. już no! – jąkał się Józef. Nad sobą zobaczył kilku żołnierzy i swojego przyjaciela.
-Powrócili ci, których wysłałeś na polowanie, nie mają nic do jedzenia, za to widzieli cały oddział bandytów kierujący się w naszą stronę.- mówił szybko, przerażony Harold. Józef wstał w milczeniu. Chwilę stał na środku namiotu w milczeniu, po czym rzekł do wszystkich w namiocie:
-Ustawić opróżnione wozy chłopów wokół obozu, posłużą jako palisada, jeśli nie będą chcieli ich dać, zmuście ich, chociażby groźbą. Na wozy wchodzą łucznicy, za wozami też kilku.
Dalej żołnierze skorzy do walki w zwarciu. – Nikt w namiocie się nie poruszył.- No ruszać się! – W końcu wszyscy ruszyli do pracy. Józef założył swój srebrny hełm z okapem, i do pasa przypiął miecz, resztę zbroi miał już na sobie. Wyszedł na zewnątrz, panował tu jeden, wielki chaos: żołnierze grozili chłopom sztyletami, wykładali ich towary na zewnątrz i kłócili się. Józefowi przychodziła tylko jedna myśl do głowy „Co za głupcy z tych chłopów- jeden powóz jest dla nich ważniejszy niż życie kilkunastu przyjaciół.”
Pół godziny później wszystko już było gotowe i znajdowało się w najlepszym szyku. Wszyscy stali na swoich miejscach czekając na wrogów. Nawet chłopi się zreflektowali nad swoim zachowaniem i już nic nie mówili na temat ustawienia obrony i pomysłów Józefa, tylko stali ramie w ramię z żołnierzami w dokładnie obranym szyku bojowym z siekierami i widłami w rękach. Panowała kompletna cisza, zaczął padać śnieg, wszyscy obejrzeli się do góry i na boki, zaskoczeni nagłą zmianą pogody.
Z lasu dobiegał ich jakiś szmer, wszyscy czekali na znak Józefa, kiedy strzelać. Nadal tylko szmer…. świst strzały. To jakiś z chłopów puścił cięciwę, na górze rozległ się krzyk, musiał kogoś trafić. Wszyscy byli nie pewni co się dzieje i kiedy strzelać. Nagle ze wszystkich stron zaczęli zbiegać, zeskakiwać ubrani w brązowe kurtki barbarzyńscy. Józef dał znak, jednak łucznicy byli ustawieni tylko od strony drogi, a zza pleców również napływali bandyci. Józef wyciągnął miecz, nie wiedział gdzie biec. Od strony drogi z między drzew zaczęli wyłaniać się barbarzyńscy. Strzały śmigały z jednej strony, w drugą. Józef krył się za tarczą, przed strzałami barbarzyńców z samej góry zbocza.
-Strzelać bardziej w góry! W górę, na zbocza ! – Krzyczał Józef, choć trudno było przekrzyczeć ten harmider. Od strzału padło pierwszych trzech żołnierzy. Józef mówił do siebie tylko „Trzeba coś zrobić!”, nie mógł jednak znaleźć odpowiedzi. Od strony drogi między powozami przedostawali się kolejni bandyci. Pobiegł z mieczem w tamtym kierunku. Biegł prosto na jednego z bandytów z krzykiem. Odbił cios bandyty, temu wyleciała broń z ręki, uderzył wprost w żebro. Drugi biegł od razu obok, uderzył w nogę, ten upadł na ziemie. Tak się zaczęło i wydawało się trwać wieczność, chociaż trwało zaledwie kila minut, kiedy stracił panowanie nad oddziałem bandyci zaczęli zyskiwać przewagę.. Cały oddział się rozproszył, Józef został sam otoczony przez bandytów. Krążyli wokół niego w kręgu, śmiali się z niego. Czekał na odpowiedni moment, kiedy ruszył na jednego, uderzył łokciem w jego twarz , zrobił pół obrót i uderzył w twarz tego, który biegł na niego z lewej. Ruszył przed siebie jak najszybciej. Mógł wyrwać się z tego diabelskiego kręgu. Ktoś uderzył go bardzo mocno w kostkę, potknął się, obrócił aby upaść na plecy. Spadł mu hełm. Jeden bandyta biegnący na niego wpadł prosto na nogi Józefa skierowane w jego stronę, aby Józef mógł go przerzucić nad sobą. Sztylet bandyty rozciął drugi policzek Józefa. Zimny ból przeszył całą twarz. Bandyta upadł głową na kamień. Reszta barbarzyńców, którzy zamknęli go w kręgu byli już zajęci inną walką. Józef spróbował wstać. Nerwy jego twarzy zaszalały, lecz nie bardziej od nerwów w okolicach kostki. Kulał. Rozejrzał się po całym polu: śnieg w wielu miejscach już nie był biały, lecz czerwony, na polu było prawie pusto, można było tam policzyć może tylko około piętnastu osób. Harold leżał na ziemi broniąc się sztyletem przed bandytą atakującym go od góry. Józef ruszył w ich kierunku, lecz kostka nie pozwalała mu na bieg. Kopnął bandytę w nerkę, ten się przewrócił, Józef wziął sztylet bandyty i wbił go prosto w szyję. Bandyta dziwnie zacharczał, po czym zapadł w sen wieczny. Józef upadł na kolana, był zmęczony, obolały i widział, że poniósł wielkie straty. Odwrócił się, Harold leżał obok krztusząc się krwią, podszedł do niego i rzekł:
-Stary trzymaj się, dasz radę, musisz tylko uwierzyć.
-Nie, to nie ma sensu. – Harold kaszlnął. Józef spojrzał na pierś jego przyjaciela: kilka płyt jego zbroi wbiło się w klatkę piersiową łamiąc żebra, dusił się.- Czas abym ci o tym powiedział, a jeśli powiem i przeżyje to moje życie straci sens, zupełny sens.
-Aaale o co chodzi?
-To ja zabiłem twojego ojca… Nie musisz już szukać winowajcy.- Józef był całkowicie zdezorientowany. Nie był w stanie wypowiedzieć ani słowa.- Ja - Harold kaszlnął.- kiedy brakowało mi pieniędzy… Zapisałem się do grupy tutejszych rzezimieszków, byliśmy, hmm, można powiedzieć barbarzyńcami. Kiedyś natknęliśmy się na oddział twojego ojca, on poznał mnie, chciałem uniknąć hańby …. Jak rycerz może być bandytą? Przegrywaliśmy, lecz moim celem było właśnie zatrzeć wszystkie ślady. Zabiłem go.. i uciekłem z pola bitwy, stąd… Bo to tutaj się stało. – Harold oczekiwał, że Józef coś powie, zawiódł się.- Uciekłem, ukrywałem się, i potem pojechałem do ciebie, a dalej już znasz moje życie… Przepraszam cię… Przyjacielu. – oczy Harolda wpatrzyły się w punkt za plecami Józefa. Józef chwilę klęczał przy ciele jego najlepszego przyjaciela i jego wroga, przez którego stracił kilkanaście lat życia. Wstał i chwiejnym krokiem ruszył w stronę stojącego nieopodal chłopa, błędnie patrzącego na martwe ciała, żniwo śmierci.
-Tutaj was zostawię, Poznań zobaczycie za jakieś dwie godziny drogi.- Józef wsiadł na swojego konia, obok pozostałości po jego namiocie. Na polanie, którą pokrywała teraz krwawa pożoga i zostało żywych około pięciu mężów.
Józef jechał powoli w górę jaru, pomiędzy wirującymi płatkami śniegu, wszędzie panował perfekcyjny spokój, czysty, wręcz pedantyczny. Na samej górze skąd widział dół wąwozu przechylił się w dół, upadł. Podniósł się na kolana, z oczu spłynęły łzy, ciężkie łzy, łzy z oczu wspaniałego, odważnego człowieka, który przeżył tak wiele i nie uronił ani jednej.
-Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja, jako w niebie tak i na ziemi, chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj, i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom, i nie wódź nas na pokuszenie ale zbaw nas ode złego. Amen.
***
Pojechał prosto do Białegostoku, gdzie miał swój dom. Była to jego ostatnia wyprawa, w dalekie strony. Poznał wspaniałą kobietę, z którą się ożenił. Jego życie toczyło się dalej lecz nigdy nie było lepsze.
Ostatnio edytowany przez oskar095 (2010-01-13 01:29:59)
So much love, so much pain ||Moments lost, moments go
So much more than I thought this world could ever contain ||
||So much more than I thought this world can ever hold"
