Odp: Kącik twórczy larksona
Miłej lektury!
Rozdział VIII
Dawaj na ring!
Miejsce nieznane, 05 stycznia, godzina 14.25
Dopiero dzisiaj się udało sprzątnąć wszystkie trupy. Nasi dzielni obrońcy odlecieli samolotami leżąc w trumnach, którzy mieli trafić do swoich rodzin, które miały się dowiedzieć, że zginęli walcząc w obronie kraju, na misji w Afganistanie, bądź też poświęcając swoje życie ratując kolegów. Martwi najemnicy EnerCom'u zostali zaś wrzuceni do oceanu, do miejsca, w którym nikt nie będzie o nich pamiętał. Co ze starą bazą zaś? Cholera wie, pewnie zostanie przerobiona na kurort wypoczynkowy. To nie moje zmartwienie.
Przeteleportowałem się do domu Hox'ów. Podobnie jak u mnie, całe urządzenie zostało ukryte w szafie z ubraniami. Sam dom zaś był... drewniany. Taka drewniana willa, rodem z Dzikiego Zachodu, ozdobiona rzeczami, o których ludzie w tamtych czasach nie mogli sobie nawet pomarzyć, czyli lodówką, TV, czy też ubikacją. Gdy wyszedłem na zewnątrz frontowym wejściem, to zobaczyłem pustynię. Mnóstwo piachu i nic poza tym. Po co mieliby budować dom w środku niczego?
Chciałem zobaczyć co mają z tyłu chałupy. Nagle zza rogu wyskoczył Perry. Albo Greg. Nie da się ich odróżnić, nie ma bata. Chwilę potem przebiegł drugi, obaj krzyczeli.
-Wiać! Wiać!-Potrącił mnie któryś z bliżniaków, upadłem na ziemię-O! Cześć. Wiesz co?
-Co?
-Wiać! Chowaj się!
Nagle okolicą targnął bardzo głośny huk. Chwilę potem dało się zauważyć na niebie obiekt, który zostawia za sobą smugę dymu i lecącego z dużą prędkością. Wylądował jakieś dwa kilometry dalej. Hox'owie się śmiali. Dostałem odpowiedź na swoje pytanie.
-Ale boomło! Jeszcze nigdy nie zrobiliśmy takiej dużej eksplozji-stwierdził pierwszy.
-Nigdy nie wypiliśmy też tyle piwa-dodał drugi-Że też godzę się na twoje głupie pomysły-Po tym tekście dowiedziałem się który jest który.
-A co w ogóle „boomło”?- zapytałem.
-50 kilogramów C4 umiejscowione pod starym Pontiac'iem GTO. Jego Pontiac'iem GTO-Wskazał kciukiem Perry na Greg'a
-W sumie dobrze, że go rozwaliliśmy. Pożerał morze paliwa-powiedział Gregory-Może kupię sobie Toyotę Prius? Taki oszczędny samochodzik...
-Nie polecam. Prowadzi się jak wózek sklepowy, ale za to nieźle lata.
-O! Może jutro spróbujemy wysadzić tą toyotę?- zaproponował Perry.
-Zobaczymy, braciszku-Aż się zdziwiłem, że na ich „zabawy” idą pieniądze szarych podatników-Tak swoją drogą, Lark, to wyglądasz teraz jak nic. Jak Kane z Kane & Lynch. Nawet nazwisko się zgadza.
-Aż tak źle?- Cios Robina był tak mocny, że złamał mi nos. Mitchell nakleił plastra w odpowiednim miejscu i proszę. Wyglądam jak nic.
-Yup-potwierdził.
Weszliśmy do środka, bo na zewnątrz upał był nie do zniesienia. Jak to na pustyni zresztą.
-I tak codziennie macie?-zapytałem z ciekawości-Codziennie coś musi wylecieć w powietrze?
-Owszem. Jak coś nie wybuchnie, to robię się NAPRAWDĘ zły-skwitował Perry.
-W takim razie powinniśmy nazywać cię Rico-zaproponowałem.
-Czemu?
-Bo lubisz wysadzać różne rzeczy.
-Teraz mi trochę jednak szkoda Pontiaca'a. Nawet mu imię nadałem-żalił się Greg.
-Jakie?- zaciekawiłem się.
-Bob.
-Taa-wymamrotałem, spodziewając się czegoś bardziej oryginalnego-Zostało coś piwa może?-Perr rzucił mi zimniutkiego... Tyskie?-Aaa, dobre! Z Polski.
-Nie mam pojęcia, gdzie ta Polska leży, ale niech ci będzie-odparł Rico.
Wtem rozległ się hałas z szafy. Ktoś użył teleportu.
-Kogo to diabli niesą?- Zdziwił się Gregory-Rico, podejmij naszego gościa!
Perry wstał i przemieścił się w kierunku teleporta. Widocznie nowa ksywa mu się spodobała, bo zrobił to bez marudzenia. Przyczaił się koło drzwi, wyciągnął pistolet M9, naładował...
-Perry, nie odpierdalaj maniany-zrypał go Greg.
-Nawet się pobawić nie dasz- warknął bliźniak.
Otworzyły się drzwi i wyszła Amy.
-O co się zaś kłócicie, co?-zapytała.
-Perry myślał chyba, że wyskoczy stamtąd jakiś wielki zły, zielony, śliniący się troll-zażartowałem-I poniekąd miałem rację-bliźnacy sięzaśmiali, ale Amy najwyraźniej nie zna się na żartach.
-Musicie się przyzwyczaić do tego, że co chwilę ktoś będzie tędy wychodził. Tak swoją drogą, to mamy questa.
-Dzisiaj? -marudzili Hox'owie.
-A kiedy, do cholery? Zjedzcie coś, i odlejcie się-spojrzała na stół, który uginał się od pustych butelek po piwie-Chyba wiem kto będzie prowadził-stwierdziła ozięble.
Kilka minut później
Obawiałem się, że nie znajdziemy żadnego samochodu w ich garażu. Aut była cała masa. Różne marki, różne rodzaje. Od typowo rodzinnych kolumbryn, po pożeracze asfaltu. Ale zamiast wziąć Mercedesa chociażby, to Amy wybrała największe możliwe nic. Toyotę Prius. Przynajmniej Perry będzie miał zabawę na jutro.
-Nie marudź Lark! -wydarła się na mnie-Przynajmniej nie będziemy się w oczy rzucać. Jakbyś jeździł tamtą gablotą na przykład-wskazała na stareńkiego Forda Mustanga- to zaraz znowu byłaby raja w telewizji.
-Okej, zrozumiałem, mamy być incognito. Nie ma sprawy, tylko nie krzycz na mnie.
A ja się nadal zastanawiam, co ona tutaj robi. Z takim ciałem mogłaby mieć każdego. Wyszłaby za mąż dajmy na to Steve'a Jobsa, który i tak za niedługo wykituje, przejęłaby cały majątek i byłaby emerytką w wieku lat osiemnastu. Nie przejmowałaby się ratowaniem świata i tym podobnymi pierdołami. Nie musiałaby nadstawiać karku w walce z wietnamczykami ani ze sługusami EnerComu. Co ją tutaj sprowadziło? Jakieś specyficzne talenty? Na pewno nieźle strzela, zresztą jak chyba każdy w tej organizacji (za wyjątkiem Robina, chyba, że dostanie kopa w krocze). Hox'owie mają talent do totalnej demolki, oni to jeszcze kij. Może tak jak ja ma osobiste porachunki z Savage'm? Tego się chyba dowiem podczas wielkiego finału, gdy spotkamy się z nim twarzą w twarz.
Jeszcze to jej zachowanie. Rano to jeszcze jest w porządku, ale później to jakaś zdenerwowana, poirytowana, co dodaje jej też zapału do walki. Hmm, a może...? Nie, to zbyt mało prawdopodobne, kretyńska teoria zresztą.
Już mieliśmy wyruszać, tylko coś mnie olśniło.
-Mam takie pytanie, które jakimś cudem nikt nie zadał, a powinno być zadane i ja właśnie je teraz zadam-Tak, też mi się wydaje, że jakiegoś słowa za często użyłem-Gdzie my do barcia pana zmierzamy?
-O! Wreszcie jakiś mądry-skwitowała ruda-Tylko czekałam, aż któryś z was zada to pytanie-odpaliła toyotę i pocisnęła po gazie.
-Ja chciałem to pytanie zadać wcześniej, tylko się zastanawiałem, skąd to auto mamy-dorzucił Rico.
-Co ty robiłeś?!- zdziwił się Gregory.
-Zastanawiałem się. A czemu ty nie zadałeś, hę? Asie intelektu.
-No bo...- wszyscy utkwili na nim swoje spojrzenia, zaczął robić głupie miny, jakby miały mu pomóc w znalezieniu odpowiedzi-Zresztą po jaką cholerę kłócimy się o to, czemu nikt nie zadał pytania. Zostało już zadane i teraz oczekujemy na odpowiedź. A i jeszcze jedno: przestańmy mówić „zadać”, bo jakoś tak dziwnie się robi.
-Z tym ostatnim się zgadzam. To się robi powoli zbyt monty pythnowoskie-odpowiedziałem. Teraz to wszyscy się na mnie patrzyli.
-Jakie?!-wypalił po chwili Perry.
-No bez jaj, że wy też nie wiecie? -wykonałem facepalm-Amy, wciąż oczekujemy na informacje.
-No to tak, mózgi, że tak ośmielę się was nazwać, jedziemy do Los Angeles... Nie, nie będziesz wyrywał panienek Greg, tak jak ostatnio-zaklnął on pod nosem-Mamy informacje o niejakim Yuri'm Kotickovichu, który handluje ponoć różnymi BARDZO tajnymi informacjami. Jeśli ktoś wie co planuje Savage, to na pewno będzie to on. W L.A. Prowadzi on nielegalne walki. Tam go powinniśmy zastać
-Powiedziałaś „handluje”-domagałem się szczegółów-czy my będziemy je kupować?
-A jak myślisz?
-Myślę, że będziemy go tak okładać, póki nie puści pary z gęby.
-I taki jest mniej więcej plan.
Dziwnie znajome nazwisko, ten Kotickovich...
Los Angeles, szemrana dzielnica, godzina 21.45
Los Angeles. Dzielnica ubóstwa. Nocną porą. Złożona przeważnie z czarnoskórej biedoty, która właśnie wylazła na ulicę, po to by nieostrożnemu przechodniowi sprzedać kosę w nery, byle tylko zabrać mu portfel wypchany pieniędzmi. Nie tylko bandyci się pokazują, ale także dilerzy narkotykowi, którzy chcą sprzedać swój ”najwyższej klasy towar”. Są jeszcze prostytutki, które wmawiają ludziom, że to one „najlepiej robią dobrze”.
Amy zatrzymała samochód. Stanęliśmy koło budynku, który-sądząc po pstrokatych różowych neonach-jego przeznaczenia mógł się każdy domyślić. Ale nie weszliśmy do środka, skierowaliśmy się do bocznej uliczki. Tam znajdowały się schody prowadzące głęboko w dół, pod burdelem. Jeszcze nie zeszliśmy porządnie, a dało się już słyszeć jakieś, krzyki, nawoływania. Za drzwiami stali dwaj przypakowani kolesie w garniturach. Nie chcieli nas dalej przepuścić, póki nie oddamy broni. Gregory i Amy mieli przy sobie tylko pistolet i magazynek do niego, Perry posiadał jeszcze dwa granaty odłamkowe. Bramkarze lekko się zdziwili, jak to zobaczyli, ale szczena im opadła, gdy wyciągnąłem swoją kobrę. Stół się aż ugiął, gdy ją na nim położyłem. Co ciekawe, ten rewolwer prawie nic dla mnie nie waży, a ma taką siłę ognia, że jak strzeli się w głowę, to odpada i głowa i kupa. Strażnicy nas w końcu przepuścili.
Naszym oczom ukazał się dość sporych rozmiarów okrągły ring pokryty piaskiem, ogrodzony wysoką siatką, na którym okładali się pięściami żółtek z czarnuchem. Wokół areny krzyczał rozwrzeszczany tłum, który ostro dopingował zawodników, gdyż nie chcieli stracić pieniędzy postawionych na zakładach. Znaleźliśmy biuro właściciela tego przybytku. Tutaj także przy wejściu stał strażnik.
-Szef zajęty-zagadał.
-Słuchaj no...-wywaliłą ruda
-Spokojnie dziewczyno-odpowiedziałem rudej-, pozwól mi to załatwić-Teraz się zwróciłem do twardziela-nic nas to obchodzi, równie dobrze może on być na „ważnym posiedzeniu”, jeśli wiesz co mam na myśli-odpowiedziałem twardo-Albo nas przepuścisz, albo twój łeb wkomponuję w tą ścianę.
-Ha! Chciałbym to zobaczyć-nie wierzył w groźby twardziel.
Po tych słowach nadepnąłem mu mocno na stopę, zgiął się z bólu, sięgnął po pistolet, ale nie zdążył, gdyż otrzymał mocny cios w klatkę piersiową. Nie mógł złapać oddechu, wykorzystałem więc chwilę, chwyciłem go za głowę i-tak jak obiecałem-wkomponowałem ją w ścianę. Krzywa gęba nabrała po tym kształtu.
-Kolejny niedowiarek-dorzuciłem na końcu.
Jako pierwszy wszedłem do środka. Ledwo znalazłem w środku, a już celowali do mnie dwaj goryle ze swoich spluw. Ich eliminacja nie wchodziła w grę, jeden fałszywy ruch i któremuś z nich mógłbym poplamić garnitur. Drużyna też raczej nie mogła mi pomóc.
-Nie za młody jesteś, żeby szlajać się po takich miejscach?- odezwała się osoba siedząca za biurkiem, na swoim obrotowym skórzanym fotelu. Pokój był niewielki, miał brązowe ściany na których wisiały jakieś zdjęcia, posiadał duże okno, przez które można było podziwiać widowisko. Biurko było ustawione dokładnie naprzeciw szyby. Wystrój wnętrza wskazywał na to, że ten, kto się tu urządził jest przy kasie.
-To, że pobiłeś jednego z moich ludzi świadczy nie tylko o twoich umiejętnościach, zwłaszcza w twoim młodym wieku, ale także, że masz jakąś niesamowicie ważną sprawę do mnie-ciągnął rusek, pokazał gestem swoim żołnierzom, żeby opuścili broń i wyszli, opuścili pomieszczenie drugim wyjściem, drużynie też kazałem zaczekać-Co cię tu sprowadza, dzieciaku z telewizji?
Kotickovich to był po prostu grubasek ze śmiesznymi kręconymi włosami z nieco rosyjskim akcentem. Jak na kogoś z jego pozycją, wygląda bardzo nie pozornie.
-A jak myślisz? Informacji. Gdzie jest Aaron Savage i co planuje?- Yuri gwizdnął z zaskoczenia.
-A po co ci to wiedzieć?
-Osobiste porachunki. Oraz pewnie będę musiał go powstrzymać, przed zniszczeniem świata. Nic wielkiego.
-To nie jest tania rzecz, a tak się składa, że dopiero dzisiaj dowiedziałem się tego, co ty chcesz wiedzieć. 10 milionów dolców i mogę ci to zdradzić-szyderczo wyszczerzył swoje żółte od cygar zębiska.
-Myślisz, że będę ci płacił? Chyba cię porąbało grubasku-wstałem błyskawicznie z krzesła, już miałem go walnąć, tylko jego prawa ręka wyciągnęła spod stołu obrzyna. To był głupi ruch.
-To był głupi ruch-stwierdził.
-Wyjąłeś mi to z ust.
-Więc bądź łaskaw, i wyjdź stąd, zanim moja spluwa cię podziurawi. Wrócisz jak będziesz miał kasę-już miałem wychodzić, gdy Yuri wyjrzał przez okno i wymamrotał-Walczą jak cioty ostatnio, dawno nie miałem porządnego widowiska.
I wtedy mnie olśniło.
-Chcesz widowiska? To ci je dam.
Wyszedłem z biura rosjanina. Koleżkowie na mnie czekali, ale mnie się spieszyło.
-I co?- zagadał Gregory, starając się za mną nadążyć-Udało się?
-Jeszcze nie, zostało mi tylko jedno do zrobienia.
-Co?
-Muszę tylko sklepać parę mord.
Wpuścili mnie na ring. Gdy tylko wszedłem, to obrzucono mnie bluzgami, wyciem, śliną... No nie lubili mnie. Jeszcze ich zadziwię. Moim pierwszym przeciwnikiem był czarnoskóry koleś, który myślał, że jest fajny, bo przerzuca sobie nóż z ręki do ręki. Mi nie dali żadnej broni. Stałem i obserwowałem kosę, gdy tylko zaatakował, to wykonałem unik, chwyciłem go za rękę, przyciągnąłem czarnucha do siebie, walnąłem z łokcia w twarz i wyrwałem nóż z dłoni. Nawet nie wiedział co się stało. Potem pokazałem mu jak się powinno bawić nożem, przekładałem go między palcami niczym długopis, podrzucałem go, by go później złapać za plecami i inne takie. Widownia trochę zaczynała się nudzić, więc potem rzuciłem między nogi przeciwnikowi, ten się schylił, a ja mu kopa w mordę. Poddał się i czym prędzej opuścił arenę. Ale nóż wziął ze sobą, ciul jeden.
Moim następnym rywalem był mocno napakowany wrestler w śmiesznych skórzanych gatkach i zielonej masce. Wreszcie jakieś wyzwanie dla moich mięśni. Zaczekałem na niego, ale... z wyjścia, z którego wyszedłem użył także-jak się okazało-drugi wrestler, który mnie chwycił i nie chciał puścić. To nie było miłe zagranie. Widziałem jak Yuri się uśmiechał. Zaraz przestanie. Pierwszy zawodnik zaczął przyspieszać, szykował się chyba do skoku. Będzie bolało, trzeba coś wymyśleć. Na szczęście miałem asa w rękawie, a właściwie nóż motylkowy. Ten co biegł chciał mi zasadzić mi kopa z powietrza, gdy już był w locie, dźgnąłem tego drugiego, ten mnie puścił, uciekłem z „linii strzału” i to on oberwał. Prosto w mordę na dodatek. Jeden z głowy. „skoczkowi” rzuciłem nóż w gardło. Chwycił się za nie starając się jakoś ratować, ale bezskutecznie, wykrwawił się bardzo szybko. Ruskowi tak się przykro zrobiło, że aż usiadł. Ciekawe kogo teraz przeciwko mnie pośle.
Myślałem, że znowu to będą jakieś lamusy, ale nie. To było przegięcie wszelkiej pały. Ninja. Trzech ninja z katanami pojawiło się dosłownie znikąd, próbując mnie otoczyć. Spojrzałem na Kotickovicha miną w stylu „Chyba se jaja robisz”, on sam wyglądał na nieco zestresowanego. Zbliżali się. Zdjąłem swoją kurtkę, trochę mi jej szkoda, taki fajny szary dżins. Ninja przede mną wziął zamach mieczem, chciałem, żeby kurta przyjęła na siebie cios. Katana weszła w ubranie, ale nie przecięła, dokładnie tak ja chciałem. Owinąłem miecz kurtką, teraz złąmas był bezbronny. Dostał nożem w oko, a miecz sobie przywłaszczyłem. Jeszcze dwóch. Ninja z lewej zaatakował, wziął górny zamach, zablokowałem i tak trzymaliśmy miecze zetknięte, siłowaliśmy się na miecze. Musiałem szybko działać, bo drugi już biegł, żeby mnie dziabnąć. I w tym momencie przypomniała mi się scena z filmu Kill Bill. Wykonałem szybki ruch ręką i wyciągnąłem żółtkowi oko. Miotał się, krzyczał z bólu, przebiłem go mieczem. Tylko jeden pozostał. Szarżował. Rzucił czymś błyszczącym we mnie. To był sziruken. Trafił mnie w nogę, sukinkocik. Na szczęście nie zadał on wiele szkody. Chciał widocznie zwiększyć swoje szanse w walce. Bezskutecznie. Wyciągnąłem ostrze i mu je odrzuciłem. Także trafiłem w nogę, ale na tyle porządnie, że przestał na mnie nacierać. Mocno krwawił, nadal chciał się bronić. Ograniczał się do blokowania moich ataków, ale i tak wystarczyły dwa uderzenia, żeby katana wypadła mu z ręki. Poem przebiłem mu szyję i po sprawie, padł twarzą na ziemię. Jacyś niespecjalni ci ninja, czegoś więcej się spodziewałem. Publiczność szalała, ale Yuri gdzieś zniknął.
Po paru minutach zbierania oklasków, dało się wyczuć drżenie ziemi. Potem znowu i jeszcze raz. Coraz mocniejsze. Widownia ucichła. Na chwilę przestało, by jedno z wejść na ring rozwaliło. Dookoła latały kawałki ścian i inne syfy. Z dymu jaki się utworzył wyłonił się mech wielkości ciągnika siodłowego. Wyposażony był w dwa chwytaki, które równie dobrze mogą służyć za pięści, bądź maczugi. W szklanej kabinie siedział rusek. Stałem zdumiony zastanawiając się, jak coś tak dużego można było tu zmieścić.
-Myślicie, że tak łatwo oddam, to czego chcecie?!-darł się Yuri-Po moim trupie!
-Sądzisz, że ta blaszana puszka cię ochroni?-odparłem-Nie takich plebsu biłem-No dobra, blefowałem, póki co to największy przeciwnik z jakim miałem do czynienia.
-Kończmy te zaczepki słowne. Let's dance.
Po tych słowach rzucił się do szarży. Aż się zdziwiłem, że ta kupa żelastwa może osiągnąć taką prędkość. Musiałem odskoczyć w bok, żeby nie zostać zmiażdżony. Tak się rozpędził, że rozwalił siatkę będącą granicą ringu, siejąc popłoch wśród widzów jednocześnie. Ci natychmiast się rozbiegli. Potrzebowałem sposobu, żeby go zniszczyć.
-Robin?-włączyłem komunikator, nie odpowiadał-Robin! Odbierz, frajerze!
-Co?
-Jeszcze się śmiesz pytać co?! A no to!-wciąż starałem się unikać ataków mecha-Lepiej mi powiedz jak go rozwalić, bo PODOBNO ty tu jesteś od myślenia.
-Zaraz go tu... Ha! Mam! Z tyłu powinien mieć maskę, którą powinieneś móc bez większych problemów otworzyć, następnie zniszcz wszystko co znajdziesz w środku.
-Dobra, widzę. A wy na co czekacie?-wołałem do swoich ziomali-Przyciągnijcie jego uwagę, a ja się zajmę resztą. Zdobądźcie też jakąś broń.
Wkurzali go pistoletami. Unikali kolejnych jego ciosów łapami, nadepnięć nogą, czy szarż. Tak po kilku minutach miałem okazję wdrapać mu się na plecy. Maska nie chciała się poddać, musiałem miecz wcisnąć w szczelinę i użyć siły, żeby się otworzyły. W środku była kupa kabli, płytek sterujących i innych rzeczy. Chciałem ręcznie to powyrywać, ale się nie dało, za każdym razem kopał mnie prąd. Trzeba znów użyć sposobu.
-Rico. Granat proszę!-zawołałem do Grega.
Robot miotał się strasznie, ale jakimś cudem udało mi się złapać rzucony granat... w którym brakowało zawleczki.
-Ale nie odbezpieczony, kretynie!-wrzuciłem granat do środka i wyskoczyłem najszybciej jak to było możliwe. W momencie skoku doszło do eksplozji, wylądowałem jakieś 15 metrów od mecha.
Robot się poddał. Kabina się otworzyła. Podszedłem do maszyny, mocno poobijany po upadku, Yuri ledwo z niej wyszedł, żywy na szczęście. Amy oddała mi moją kobrę.
-No to sobie teraz pogadamy-powiedziałem mu prosto w pokrwawioną gębę.
-Z tym może być problem-odezwał się Robin-W waszym kierunku jedzie mnóstwo jednostek policji. Zmywajcie się stąd, ale migiem!
Na to już było za późno. Ze wszystkich wejść wychodzili gliniarze i zabezpieczali teren. Wrzeszczeli, żebyśmy się poddali, co zresztą uczyniliśmy. Do nas z dwóch stron podeszło dwóch policjantów ubranych-w przeciwieństwie do reszty-w cywilne ciuchy.
-Niech cię szlag!-wypalił na dzień dobry jeden z nich, jak się okazało, dość młody chłopaczek, chudzinka-To moja sprawa, to na mnie spadną laury, nie na ciebie.
-Też się cieszę na twój widok-odezwał się drugi, wyglądający jak młody Bruce Willis policjant- Ale jesteś tu tak potrzebny jak kupa do srania w tym miejscu-wskazał na łokieć-Zejdź mi z oczu, Paisy, zanim cię zastrzelę.
-Ha! Dobre!, nie masz na tyle dużych cojones, żeby to zrobić.
Tutaj policjant, którego imienia jeszcze nie poznałem, wziął mój rewolwer, rozejrzał się, czy żaden z jego kolegów nie patrzy i postrzelił Paisy'ego w nogę, po czym natychmiast odrzucił kobrę na miejsce i kopnął ruska w twarz, zwalając wszystko na niego.
-TY SUKINSYNU! Mcaffrey! Ty ciulu jeden! Żebyś zdechł w piekle, zapijaczona mordo! Pojebany świrze! Starzy cię musieli trzymać w szafie, ty niedomyty obesrańcu!-i tak dalej. Jego koledzy zabrali go stamtąd.
-Tak tak, wszyscy ci wierzymy Thorne- udawał, że wierzy jeden z nich, po czym z uśmiechem mrugnął do Mcaffrey'a, ten mu odpowiedział tym samym. Nie ma to jak obserwowanie „współpracujących” ze sobą policjantów.
Do Mcaffrey'a podszedł inny policjant. Wyglądało na to, że się lubili.
-Cześć Thomas-przywitał się.
-Cześć Jack-podali sobie ręce.
-To ty mu to zrobiłeś, co? Przyznaj się.
-Już od dłuższego czasu nosiłem się z tym zamiarem. Ulżyło mi niesamowicie-po kryjomu przybili sobie żółwika, po czym Jack spojrzał an mnie.
-Zaraz, czy to nie ten dzieciak z TV?
-O żesz kwiatek ja mówię jasna rzyć! To on, faktycznie! Nie poznałem go od razu. To jego poszukują w Seattle, prawda?
-Yup, no to ci się udało upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, farciarzu. Szef jak raz cię pochwali.
-No dobra gagatki, idziecie z wami-powiedział do nas, założyli nam kajdanki i pojechaliśmy na komisariat. Kotickovich będzie musiał zaczekać.






