76

Odp: Kącik twórczy larksona

Miłej lektury!

Rozdział VIII
Dawaj na ring!
Miejsce nieznane, 05 stycznia, godzina 14.25
    Dopiero dzisiaj się udało sprzątnąć wszystkie trupy. Nasi dzielni obrońcy odlecieli samolotami leżąc w trumnach, którzy mieli trafić do swoich rodzin, które miały się dowiedzieć, że zginęli walcząc w obronie kraju, na misji w Afganistanie, bądź też poświęcając swoje życie ratując kolegów. Martwi najemnicy EnerCom'u zostali zaś wrzuceni do oceanu, do miejsca, w którym nikt nie będzie o nich pamiętał. Co ze starą bazą zaś? Cholera wie, pewnie zostanie przerobiona na kurort wypoczynkowy. To nie moje zmartwienie.

Przeteleportowałem się do domu Hox'ów. Podobnie jak u mnie, całe urządzenie zostało ukryte w szafie z ubraniami. Sam dom zaś był... drewniany. Taka drewniana willa, rodem z Dzikiego Zachodu, ozdobiona rzeczami, o których ludzie w tamtych czasach nie mogli sobie nawet pomarzyć, czyli lodówką, TV, czy też ubikacją. Gdy wyszedłem na zewnątrz frontowym wejściem, to zobaczyłem pustynię. Mnóstwo piachu i nic poza tym. Po co mieliby budować dom w środku niczego?

Chciałem zobaczyć co mają z tyłu chałupy. Nagle zza rogu wyskoczył Perry. Albo Greg. Nie da się ich odróżnić, nie ma bata. Chwilę potem przebiegł drugi, obaj krzyczeli.
-Wiać! Wiać!-Potrącił mnie któryś z bliżniaków, upadłem na ziemię-O! Cześć. Wiesz co?
-Co?
-Wiać! Chowaj się!
Nagle okolicą targnął bardzo głośny huk. Chwilę potem dało się zauważyć na niebie obiekt, który zostawia za sobą smugę dymu i lecącego z dużą prędkością. Wylądował jakieś dwa kilometry dalej. Hox'owie się śmiali. Dostałem odpowiedź na swoje pytanie.

-Ale boomło! Jeszcze nigdy nie zrobiliśmy takiej dużej eksplozji-stwierdził pierwszy.
-Nigdy nie wypiliśmy też tyle piwa-dodał drugi-Że też godzę się na twoje głupie pomysły-Po tym tekście dowiedziałem się który jest który.
-A co w ogóle „boomło”?- zapytałem.
-50 kilogramów C4 umiejscowione pod starym Pontiac'iem GTO. Jego Pontiac'iem GTO-Wskazał kciukiem Perry na Greg'a
-W sumie dobrze, że go rozwaliliśmy. Pożerał morze paliwa-powiedział Gregory-Może kupię sobie Toyotę Prius? Taki oszczędny samochodzik...
-Nie polecam. Prowadzi się jak wózek sklepowy, ale za to nieźle lata.
-O! Może jutro spróbujemy wysadzić tą toyotę?- zaproponował Perry.
-Zobaczymy, braciszku-Aż się zdziwiłem, że na ich „zabawy” idą pieniądze szarych podatników-Tak swoją drogą, Lark, to wyglądasz teraz jak nic. Jak Kane z Kane & Lynch. Nawet nazwisko się zgadza.
-Aż tak źle?- Cios Robina był tak mocny, że złamał mi nos. Mitchell nakleił plastra w odpowiednim miejscu i proszę. Wyglądam jak nic.
-Yup-potwierdził.

Weszliśmy do środka, bo na zewnątrz upał był nie do zniesienia. Jak to na pustyni zresztą.
-I tak codziennie macie?-zapytałem z ciekawości-Codziennie coś musi wylecieć w powietrze?
-Owszem. Jak coś nie wybuchnie, to robię się NAPRAWDĘ zły-skwitował Perry.
-W takim razie powinniśmy nazywać cię Rico-zaproponowałem.
-Czemu?
-Bo lubisz wysadzać różne rzeczy.
-Teraz mi trochę jednak szkoda Pontiaca'a. Nawet mu imię nadałem-żalił się Greg.
-Jakie?- zaciekawiłem się.
-Bob.
-Taa-wymamrotałem, spodziewając się czegoś bardziej oryginalnego-Zostało coś piwa może?-Perr rzucił mi zimniutkiego... Tyskie?-Aaa, dobre! Z Polski.
-Nie mam pojęcia, gdzie ta Polska leży, ale niech ci będzie-odparł Rico.

Wtem rozległ się hałas z szafy. Ktoś użył teleportu.
-Kogo to diabli niesą?- Zdziwił się Gregory-Rico, podejmij naszego gościa!
Perry wstał i przemieścił się w kierunku teleporta. Widocznie nowa ksywa mu się spodobała, bo zrobił to bez marudzenia. Przyczaił się koło drzwi, wyciągnął pistolet M9, naładował...
-Perry, nie odpierdalaj maniany-zrypał go Greg.
-Nawet się pobawić nie dasz- warknął bliźniak.
Otworzyły się drzwi i wyszła Amy.
-O co się zaś kłócicie, co?-zapytała.
-Perry myślał chyba, że wyskoczy stamtąd jakiś wielki zły, zielony, śliniący się troll-zażartowałem-I poniekąd miałem rację-bliźnacy sięzaśmiali, ale Amy najwyraźniej nie zna się na żartach.
-Musicie się przyzwyczaić do tego, że co chwilę ktoś będzie tędy wychodził. Tak swoją drogą, to mamy questa.
-Dzisiaj? -marudzili Hox'owie.
-A kiedy, do cholery? Zjedzcie coś, i odlejcie się-spojrzała na stół, który uginał się od pustych butelek po piwie-Chyba wiem kto będzie prowadził-stwierdziła ozięble.

Kilka minut później
    Obawiałem się, że nie znajdziemy żadnego samochodu w ich garażu. Aut była cała masa. Różne marki, różne rodzaje. Od typowo rodzinnych kolumbryn, po pożeracze asfaltu. Ale zamiast wziąć Mercedesa chociażby, to Amy wybrała największe możliwe nic. Toyotę Prius. Przynajmniej Perry będzie miał zabawę na jutro.
-Nie marudź Lark! -wydarła się na mnie-Przynajmniej nie będziemy się w oczy rzucać. Jakbyś jeździł tamtą gablotą na przykład-wskazała na stareńkiego Forda Mustanga- to zaraz znowu byłaby raja w telewizji.
-Okej, zrozumiałem, mamy być incognito. Nie ma sprawy, tylko nie krzycz na mnie.
A ja się nadal zastanawiam, co ona tutaj robi. Z takim ciałem mogłaby mieć każdego. Wyszłaby za mąż dajmy na  to Steve'a Jobsa, który i tak za niedługo wykituje, przejęłaby cały majątek i byłaby emerytką w wieku lat osiemnastu. Nie przejmowałaby się ratowaniem świata i tym podobnymi pierdołami. Nie musiałaby nadstawiać karku w walce z wietnamczykami ani ze sługusami EnerComu. Co ją tutaj sprowadziło? Jakieś specyficzne talenty? Na pewno nieźle strzela, zresztą jak chyba każdy w tej organizacji (za wyjątkiem Robina, chyba, że dostanie kopa w krocze). Hox'owie mają talent do totalnej demolki, oni to jeszcze kij. Może tak jak ja ma osobiste porachunki z Savage'm? Tego się chyba dowiem podczas wielkiego finału, gdy spotkamy się z nim twarzą w twarz.

Jeszcze to jej zachowanie. Rano to jeszcze jest w porządku, ale później to jakaś zdenerwowana, poirytowana, co dodaje jej też zapału do walki. Hmm, a może...? Nie, to zbyt mało prawdopodobne, kretyńska teoria zresztą.

Już mieliśmy wyruszać, tylko coś mnie olśniło.
-Mam takie pytanie, które jakimś cudem nikt nie zadał, a powinno być zadane i ja właśnie je teraz zadam-Tak, też mi się wydaje, że jakiegoś słowa za często użyłem-Gdzie my do barcia pana zmierzamy?
-O! Wreszcie jakiś mądry-skwitowała ruda-Tylko czekałam, aż któryś z was zada to pytanie-odpaliła toyotę i pocisnęła po gazie.
-Ja chciałem to pytanie zadać wcześniej, tylko się zastanawiałem, skąd to auto mamy-dorzucił Rico.
-Co ty robiłeś?!- zdziwił się Gregory.
-Zastanawiałem się. A czemu ty nie zadałeś, hę? Asie intelektu.
-No bo...- wszyscy utkwili na nim swoje spojrzenia, zaczął robić głupie miny, jakby miały mu pomóc w znalezieniu odpowiedzi-Zresztą po jaką cholerę kłócimy się o to, czemu nikt nie zadał pytania. Zostało już zadane i teraz oczekujemy na odpowiedź. A i jeszcze jedno: przestańmy mówić „zadać”, bo jakoś tak dziwnie się robi.
-Z tym ostatnim się zgadzam. To się robi powoli zbyt monty pythnowoskie-odpowiedziałem. Teraz to wszyscy się na mnie patrzyli.
-Jakie?!-wypalił po chwili Perry.
-No bez jaj, że wy też nie wiecie? -wykonałem facepalm-Amy, wciąż oczekujemy na informacje.
-No to tak, mózgi, że tak ośmielę się was nazwać, jedziemy do Los Angeles... Nie, nie będziesz wyrywał panienek Greg, tak jak ostatnio-zaklnął on pod nosem-Mamy informacje o niejakim Yuri'm Kotickovichu, który handluje ponoć różnymi BARDZO tajnymi informacjami. Jeśli ktoś wie co planuje Savage, to na pewno będzie to on. W L.A. Prowadzi on nielegalne walki. Tam go powinniśmy zastać
-Powiedziałaś „handluje”-domagałem się szczegółów-czy my będziemy je kupować?
-A jak myślisz?
-Myślę, że będziemy go tak okładać, póki nie puści pary z gęby.
-I taki jest mniej więcej plan.

Dziwnie znajome nazwisko, ten Kotickovich...

Los Angeles, szemrana dzielnica, godzina 21.45
    Los Angeles. Dzielnica ubóstwa. Nocną porą. Złożona przeważnie z czarnoskórej biedoty, która właśnie wylazła na ulicę, po to by nieostrożnemu przechodniowi sprzedać kosę w nery, byle tylko zabrać mu portfel wypchany pieniędzmi. Nie tylko bandyci się pokazują, ale także dilerzy narkotykowi, którzy chcą sprzedać swój ”najwyższej klasy towar”. Są jeszcze prostytutki, które wmawiają ludziom, że to one „najlepiej robią dobrze”.

Amy zatrzymała samochód. Stanęliśmy koło budynku, który-sądząc po pstrokatych różowych neonach-jego przeznaczenia mógł się każdy domyślić. Ale nie weszliśmy do środka, skierowaliśmy się do bocznej uliczki. Tam znajdowały się schody prowadzące głęboko w dół, pod burdelem. Jeszcze nie zeszliśmy porządnie, a dało się już słyszeć jakieś, krzyki, nawoływania. Za drzwiami stali dwaj przypakowani kolesie w garniturach. Nie chcieli nas dalej przepuścić, póki nie oddamy broni. Gregory i Amy mieli przy sobie tylko pistolet i magazynek do niego, Perry posiadał jeszcze dwa granaty odłamkowe. Bramkarze lekko się zdziwili, jak to zobaczyli, ale szczena im opadła, gdy wyciągnąłem swoją kobrę. Stół się aż ugiął, gdy ją na nim położyłem. Co ciekawe, ten rewolwer prawie nic dla mnie nie waży, a ma taką siłę ognia, że jak strzeli się w głowę, to odpada i głowa i kupa. Strażnicy nas w końcu przepuścili.

Naszym oczom ukazał się dość sporych rozmiarów okrągły ring pokryty piaskiem, ogrodzony wysoką siatką, na którym okładali się pięściami żółtek z czarnuchem. Wokół areny krzyczał rozwrzeszczany tłum, który ostro dopingował zawodników, gdyż nie chcieli stracić pieniędzy postawionych na zakładach. Znaleźliśmy biuro właściciela tego przybytku. Tutaj także przy wejściu stał strażnik.
-Szef zajęty-zagadał.
-Słuchaj no...-wywaliłą ruda
-Spokojnie dziewczyno-odpowiedziałem rudej-, pozwól mi to załatwić-Teraz się zwróciłem do twardziela-nic nas to obchodzi, równie dobrze może on być na „ważnym posiedzeniu”, jeśli wiesz co mam na myśli-odpowiedziałem twardo-Albo nas przepuścisz, albo twój łeb wkomponuję w tą ścianę.
-Ha! Chciałbym to zobaczyć-nie wierzył w groźby twardziel.
Po tych słowach nadepnąłem mu mocno na stopę, zgiął się z bólu, sięgnął po pistolet, ale nie zdążył, gdyż otrzymał mocny cios w klatkę piersiową. Nie mógł złapać oddechu, wykorzystałem więc chwilę, chwyciłem go za głowę i-tak jak obiecałem-wkomponowałem ją w ścianę. Krzywa gęba nabrała po tym kształtu.
-Kolejny niedowiarek-dorzuciłem na końcu.
Jako pierwszy wszedłem do środka. Ledwo znalazłem w środku, a już celowali do mnie dwaj goryle ze swoich spluw. Ich eliminacja nie wchodziła w grę, jeden fałszywy ruch i któremuś z nich mógłbym poplamić garnitur. Drużyna też raczej nie mogła mi pomóc.
-Nie za młody jesteś, żeby szlajać się po takich miejscach?- odezwała się osoba siedząca za biurkiem, na swoim obrotowym skórzanym fotelu. Pokój był niewielki, miał brązowe ściany na których wisiały jakieś zdjęcia, posiadał duże okno, przez które można było podziwiać widowisko. Biurko było ustawione dokładnie naprzeciw szyby. Wystrój wnętrza wskazywał na to, że ten, kto się tu urządził jest przy kasie.
-To, że pobiłeś jednego z moich ludzi świadczy nie tylko o twoich umiejętnościach, zwłaszcza w twoim młodym wieku, ale także, że masz jakąś niesamowicie ważną sprawę do mnie-ciągnął rusek, pokazał gestem swoim żołnierzom, żeby opuścili broń i wyszli, opuścili pomieszczenie drugim wyjściem, drużynie też kazałem zaczekać-Co cię tu sprowadza, dzieciaku z telewizji?
Kotickovich to był po prostu grubasek ze śmiesznymi kręconymi włosami z nieco rosyjskim akcentem. Jak na kogoś z jego pozycją, wygląda bardzo nie pozornie.
-A jak myślisz? Informacji. Gdzie jest Aaron Savage i co planuje?- Yuri gwizdnął z zaskoczenia.
-A po co ci to wiedzieć?
-Osobiste porachunki. Oraz pewnie będę musiał go powstrzymać, przed zniszczeniem świata. Nic wielkiego.
-To nie jest tania rzecz, a tak się składa, że dopiero dzisiaj dowiedziałem się tego, co ty chcesz wiedzieć. 10 milionów dolców i mogę ci to zdradzić-szyderczo wyszczerzył swoje żółte od cygar zębiska.
-Myślisz, że będę ci płacił? Chyba cię porąbało grubasku-wstałem błyskawicznie z krzesła, już miałem go walnąć, tylko jego prawa ręka wyciągnęła spod stołu obrzyna. To był głupi ruch.
-To był głupi ruch-stwierdził.
-Wyjąłeś mi to z ust.
-Więc bądź łaskaw, i wyjdź stąd, zanim moja spluwa cię podziurawi. Wrócisz jak będziesz miał kasę-już miałem wychodzić, gdy Yuri wyjrzał przez okno i wymamrotał-Walczą jak cioty ostatnio, dawno nie miałem porządnego widowiska.
I wtedy mnie olśniło.
-Chcesz widowiska? To ci je dam.

Wyszedłem z biura rosjanina. Koleżkowie na mnie czekali, ale mnie się spieszyło.
-I co?- zagadał Gregory, starając się za mną nadążyć-Udało się?
-Jeszcze nie, zostało mi tylko jedno do zrobienia.
-Co?
-Muszę tylko sklepać parę mord.

Wpuścili mnie na ring. Gdy tylko wszedłem, to obrzucono mnie bluzgami, wyciem, śliną... No nie lubili mnie. Jeszcze ich zadziwię. Moim pierwszym przeciwnikiem był czarnoskóry koleś, który myślał, że jest fajny, bo przerzuca sobie nóż z ręki do ręki. Mi nie dali żadnej broni. Stałem i obserwowałem kosę, gdy tylko zaatakował, to wykonałem unik, chwyciłem go za rękę, przyciągnąłem czarnucha do siebie, walnąłem z łokcia w twarz i wyrwałem nóż z dłoni. Nawet nie wiedział co się stało. Potem pokazałem mu jak się powinno bawić nożem, przekładałem go między palcami niczym długopis, podrzucałem go, by go później złapać za plecami i inne takie. Widownia trochę zaczynała się nudzić, więc potem rzuciłem między nogi przeciwnikowi, ten się schylił, a ja mu kopa w mordę. Poddał się i czym prędzej opuścił arenę. Ale nóż wziął ze sobą, ciul jeden.

Moim następnym rywalem był mocno napakowany wrestler w śmiesznych skórzanych gatkach i zielonej masce. Wreszcie jakieś wyzwanie dla moich mięśni. Zaczekałem na niego, ale... z wyjścia, z którego wyszedłem użył także-jak się okazało-drugi wrestler, który mnie chwycił i nie chciał puścić. To nie było miłe zagranie. Widziałem jak Yuri się uśmiechał. Zaraz przestanie. Pierwszy zawodnik zaczął przyspieszać,  szykował się chyba do skoku. Będzie bolało, trzeba coś wymyśleć. Na szczęście miałem asa w rękawie, a właściwie nóż motylkowy. Ten co biegł chciał mi zasadzić mi kopa z powietrza, gdy już był w locie, dźgnąłem tego drugiego, ten mnie puścił, uciekłem z „linii strzału” i to on oberwał. Prosto w mordę na dodatek. Jeden z głowy. „skoczkowi” rzuciłem nóż w gardło. Chwycił się za nie starając się jakoś ratować, ale bezskutecznie, wykrwawił się bardzo szybko. Ruskowi tak się przykro zrobiło, że aż usiadł. Ciekawe kogo teraz przeciwko mnie pośle.

Myślałem, że znowu to będą jakieś lamusy, ale nie. To było przegięcie wszelkiej pały. Ninja. Trzech ninja z katanami pojawiło się dosłownie znikąd, próbując mnie otoczyć. Spojrzałem na Kotickovicha miną w stylu „Chyba se jaja robisz”, on sam wyglądał na nieco zestresowanego. Zbliżali się. Zdjąłem swoją kurtkę, trochę mi jej szkoda, taki fajny szary dżins. Ninja przede mną wziął zamach mieczem, chciałem, żeby kurta przyjęła na siebie cios. Katana weszła w ubranie, ale nie przecięła, dokładnie tak ja chciałem. Owinąłem miecz kurtką, teraz złąmas był bezbronny. Dostał nożem w oko, a miecz sobie przywłaszczyłem. Jeszcze dwóch. Ninja z lewej zaatakował, wziął górny zamach, zablokowałem i tak trzymaliśmy miecze zetknięte, siłowaliśmy się na miecze. Musiałem szybko działać, bo drugi już biegł, żeby mnie dziabnąć. I w tym momencie przypomniała mi się scena z filmu Kill Bill. Wykonałem szybki ruch ręką i wyciągnąłem żółtkowi oko. Miotał się, krzyczał z bólu, przebiłem go mieczem. Tylko jeden pozostał. Szarżował. Rzucił czymś błyszczącym we mnie. To był sziruken. Trafił mnie w nogę, sukinkocik. Na szczęście nie zadał on wiele szkody. Chciał widocznie zwiększyć swoje szanse w walce. Bezskutecznie. Wyciągnąłem ostrze i mu je odrzuciłem. Także trafiłem w nogę, ale na tyle porządnie, że przestał na mnie nacierać. Mocno krwawił, nadal chciał się bronić. Ograniczał się do blokowania moich ataków, ale i tak wystarczyły dwa uderzenia, żeby katana wypadła mu z ręki. Poem przebiłem mu szyję i po sprawie, padł twarzą na ziemię. Jacyś niespecjalni ci ninja, czegoś więcej się spodziewałem. Publiczność szalała, ale Yuri gdzieś zniknął.

Po paru minutach zbierania oklasków, dało się wyczuć drżenie ziemi. Potem znowu i jeszcze raz. Coraz mocniejsze. Widownia ucichła. Na chwilę przestało, by jedno z wejść na ring rozwaliło. Dookoła latały kawałki ścian i inne syfy. Z dymu jaki się utworzył wyłonił się mech wielkości ciągnika siodłowego. Wyposażony był w dwa chwytaki, które równie dobrze mogą służyć za pięści, bądź maczugi. W szklanej kabinie siedział rusek. Stałem zdumiony zastanawiając się, jak coś tak dużego można było tu zmieścić.
-Myślicie, że tak łatwo oddam, to czego chcecie?!-darł się Yuri-Po moim trupie!
-Sądzisz, że ta blaszana puszka cię ochroni?-odparłem-Nie takich plebsu biłem-No dobra, blefowałem, póki co to największy przeciwnik z jakim miałem do czynienia.
-Kończmy te zaczepki słowne. Let's dance.
Po tych słowach rzucił się do szarży. Aż się zdziwiłem, że ta kupa żelastwa może osiągnąć taką prędkość. Musiałem odskoczyć w bok, żeby nie zostać zmiażdżony. Tak się rozpędził, że rozwalił siatkę będącą granicą ringu, siejąc popłoch wśród widzów jednocześnie. Ci natychmiast się rozbiegli. Potrzebowałem sposobu, żeby go zniszczyć.
-Robin?-włączyłem komunikator, nie odpowiadał-Robin! Odbierz, frajerze!
-Co?
-Jeszcze się śmiesz pytać co?! A no to!-wciąż starałem się unikać ataków mecha-Lepiej mi powiedz jak go rozwalić, bo PODOBNO ty tu jesteś od myślenia.
-Zaraz go tu... Ha! Mam! Z tyłu powinien mieć maskę, którą powinieneś móc bez większych problemów otworzyć, następnie zniszcz wszystko co znajdziesz w środku.
-Dobra, widzę. A wy na co czekacie?-wołałem do swoich ziomali-Przyciągnijcie jego uwagę, a ja się zajmę resztą. Zdobądźcie też jakąś broń.
Wkurzali go pistoletami. Unikali kolejnych jego ciosów łapami, nadepnięć nogą, czy szarż. Tak po kilku minutach miałem okazję wdrapać mu się na plecy. Maska  nie chciała się poddać, musiałem miecz wcisnąć w szczelinę i użyć siły, żeby się otworzyły. W środku była kupa kabli, płytek sterujących i innych rzeczy. Chciałem ręcznie to powyrywać, ale się nie dało, za każdym razem kopał mnie prąd. Trzeba znów użyć sposobu.
-Rico. Granat proszę!-zawołałem do Grega.
Robot miotał się strasznie, ale jakimś cudem udało mi się złapać rzucony granat... w którym brakowało zawleczki.
-Ale nie odbezpieczony, kretynie!-wrzuciłem granat do środka i wyskoczyłem najszybciej jak to było możliwe. W momencie skoku doszło do eksplozji, wylądowałem jakieś 15 metrów od mecha.

Robot się poddał. Kabina się otworzyła. Podszedłem do maszyny, mocno poobijany po upadku, Yuri ledwo z niej wyszedł, żywy na szczęście. Amy oddała mi moją kobrę.
-No to sobie teraz pogadamy-powiedziałem mu prosto w pokrwawioną gębę.
-Z tym może być problem-odezwał się Robin-W waszym kierunku jedzie mnóstwo jednostek policji. Zmywajcie się stąd, ale migiem!
Na to już było za późno. Ze wszystkich wejść wychodzili gliniarze i zabezpieczali teren. Wrzeszczeli, żebyśmy się poddali, co zresztą uczyniliśmy. Do nas z dwóch stron podeszło dwóch policjantów ubranych-w przeciwieństwie do reszty-w cywilne ciuchy.
-Niech cię szlag!-wypalił na dzień dobry jeden z nich, jak się okazało, dość młody chłopaczek, chudzinka-To moja sprawa, to na mnie spadną laury, nie na ciebie.
-Też się cieszę na twój widok-odezwał się drugi, wyglądający jak młody Bruce Willis policjant- Ale jesteś tu tak potrzebny jak kupa do srania w tym miejscu-wskazał na łokieć-Zejdź mi z oczu, Paisy, zanim cię zastrzelę.
-Ha! Dobre!, nie masz na tyle dużych cojones, żeby to zrobić.
Tutaj policjant, którego imienia jeszcze nie poznałem, wziął mój rewolwer, rozejrzał się, czy żaden z jego kolegów nie patrzy i postrzelił Paisy'ego w nogę, po czym natychmiast odrzucił kobrę na miejsce i kopnął ruska w twarz, zwalając wszystko na niego.
-TY SUKINSYNU! Mcaffrey! Ty ciulu jeden! Żebyś zdechł w piekle, zapijaczona mordo! Pojebany świrze! Starzy cię musieli trzymać w szafie, ty niedomyty obesrańcu!-i tak dalej. Jego koledzy zabrali go stamtąd.
-Tak tak, wszyscy ci wierzymy Thorne- udawał, że wierzy jeden z nich, po czym z uśmiechem mrugnął do Mcaffrey'a, ten mu odpowiedział tym samym. Nie ma to jak obserwowanie „współpracujących” ze sobą policjantów.

Do Mcaffrey'a podszedł inny policjant. Wyglądało na to, że się lubili.
-Cześć Thomas-przywitał się.
-Cześć Jack-podali sobie ręce.
-To ty mu to zrobiłeś, co? Przyznaj się.
-Już od dłuższego czasu nosiłem się z tym zamiarem. Ulżyło mi niesamowicie-po kryjomu przybili sobie żółwika, po czym Jack spojrzał an mnie.
-Zaraz, czy to nie ten dzieciak z TV?
-O żesz kwiatek ja mówię jasna rzyć! To on, faktycznie! Nie poznałem go od razu. To jego poszukują w Seattle, prawda?
-Yup, no to ci się udało upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, farciarzu. Szef jak raz cię pochwali.
-No dobra gagatki, idziecie z wami-powiedział do nas, założyli nam kajdanki i pojechaliśmy na komisariat. Kotickovich będzie musiał zaczekać.

http://g.bf3stats.com/pc/2Z5H1Cx6/reaggenerator.png

Odp: Kącik twórczy larksona

Żółwik!!??  Z Ó Ł W I K !!!??? Thomas nigdy, nikomu, nie przybija zakichanego żółwika! No chyba, ze w mordę.

Ale ogólnie jest cool smile

http://i1.kwejk.pl/site_media/obrazki/2012/02/6b12f4aa982612e445fde765dc69b72f.gif?1329736950http://i1.kwejk.pl/site_media/obrazki/2012/02/7007bc8d65f3b9c2849337a47bc9c8a2.gif?1330081849

78

Odp: Kącik twórczy larksona

Rozdział IX
Road Rage
Komisariat policji w Los Angeles, 06 stycznia, godzina 9.05
    Przesłuchanie gliniarze zostawili sobie na następny dzień, gdyż chcieli uczcić udany dzień. Takich okazji z reguły nie było dużo, ale tego dnia mieli je aż dwie. Schwytanie grubej ryby rosyjskiej mafii oraz... schwytanie mnie w „dość niezręcznej sytuacji”. Ale pewnie nie są na tyle głupi, by z kacem przyjść na przesłuchanie. No może poza jednym osobnikiem...
-O kurewka! Ale mnie łeb napierdala-dało się usłyszeć z korytarza głos detektywa McAffrey'a.
-Mówiłem ci, żebyś tyle nie pił, bo kto przesłucha tych małolatów?-odezwał się Jack.
-Japa koniu, a teraz zrób miejsce mistrzowi, bo będę przesłuchiwał sukinsyna-odparł.
W porządnie zarządzanym Wszechświecie ten koleś dawno zostałby wykopany z tej roboty, pomyślał Hass. Pozostało mu tylko życzyć powodzenia koledze i obserwować przebieg rozmowy w drugim pokoju.
-Ty, młody-zaczął wywód swoim kacowym, soczystym barytonem-nie lubię cię. Jak każdego zresztą, co siedzi na twoim miejscu. Wszyscy twoi poprzednicy byli gangsterami, mordercami, gwałcicielami, pedofilami, dziwkami, płatnymi zabójcami, złodziejami, i tak dalej i tak dalej. Dla mnie byli jednym i tym samym gównem. Ale ty panie kolego jesteś gównem innego rodzaju. Ukradłeś moją chwałę. Teraz nie pokazują wielkiego Thomasa Mcaffrey'a, który rozpracował kolejny niebezpieczny gang. Zamiast o mnie mówią o tobie. Najpierw to masowe porwanie, robota wykonana przez zawodowców. Potem nie wiadomo skąd, nie wiadomo jak rozwalasz kilku gości na zakrapianej imprezie, za co masz już oskarżenie. Później, gdy chcę udupić ważną szychę rosyjskiej mafii, to pojawiasz się ty i twoi ziomkowie i twierdzicie, że pokonaliście tę jego maszynę. Za to powinienem ci przywiązać kamień do nogi i wyrzucić na środku oceanu, ale, że jestem policjantem muszę wysłuchać twoją zapewne pojebaną historyjkę. Zamieniam się w słuch, młody-rozłożył się wygodnie na krześle, czekając, aż zacznę sypać.
-Oj, panie McAffrey, pan nie wie, o co tak naprawdę toczy się gra. Tu nie chodzi o pobicia, czy rosyjską mafię, w porównaniu do tego co ma się wydarzyć to nic. Od tego ważniejsze jest nawet pańskie przerośnięte ego...
-Po pierwsze moje ego jest tu najważniejsze i wara mi od niego, po drugie-byłoby fajnie jakbyś zaczął od początku.
-Naprawdę chce pan wiedzieć? Może pan nie uwierzyć w to co teraz powiem.
-Nie kwiatek, myślałem, że pogadamy sobie o panienkach. Zresztą nie wyglądasz na takiego, co laski zlatują się jak muchy do gnoju. Opowiadaj, a nie piernicz głupoty!
-Ok. Może pan wierzyć, lub nie, ale jestem superżołnierzem. Nie wiem do końca w jakim celu stworzony. Właśnie po to były te wszystkie porwania, stworzyć armię takich jak ja. Ale coś im nie wychodziło, z tych wszystkich dzieciaków, które zostały porwane przeżyły tylko dwie osoby: ja i mój kolega Johnny Darnell, który obrócił się na, nazwijmy to Ciemną Stronę Mocy. Uciekłem stamtąd dzięki tym dwóm świrusom bliźniakom i tej fajnej lasce. Oni i ja należymy teraz do pewnej super tajnej organizacji, której nazwy nie wolni mi wymieniać. Co potem? Malone. To była moja osobista zemsta, wkurzał mnie w szkole, ale z moimi umiejętnościami dałem radę jemu i jego kolegom. Sprawiło mi to nielichą satysfakcję. Piękne chwile...

Musiałem wymyślić coś, co przekona gliniarza do naszej sprawy, musi mnie wypuścić i pozwolić rozmawiać z Kotickovichem.

-...Potem, kazano nam pojechać do... Uwaga! Do Wietnamu, aby przechwycić walizkową bombę atomową, która została nam później niestety skradziona przez sługusów firmy Ener Com, bo to oni stoją za tym wszystkim, za porwaniami, za badaniami nad armią, a teraz, będą chcieli odpalić tą bombę, najprawdopodobniej tutaj, w Los Angeles-Z tym ostatnim to blefowałem.
Mcaffrey siedział przez chwilę cicho, by następnie eksplodować śmiechem. Przez minutę nie mógł się opanować.
-Nie mogę! Ha! o kurka, już wiele osób wciskało różnego rodzaju mi kit, ale takiego steku bzdur, jeszcze nie było dane mi usłyszeć.
-Spodziewałem się takiej reakcji. Wolałbym jednak, żeby pan uwierzył-Detektyw pochylił się nad stołem.
-Tak? W takim razie udowodnij to-powiedział, wciąż próbując opanować śmiech.
Równie dobrze mogłem walnąć go w pysk, ale upatrywałem w nim przyszłego sojusznika. Poza tym to byłoby za proste. W pokoju znajdowała się kamera, która nagrywała przebieg przesłuchania.
-Się robi. W naszej drużynie znajduje się genialny haker, który umie wszystko, nawet potrafi zamienić pański telefon w paralizator, nie poproszę go o to, bo nie chcę pana zabić, spróbujemy z czymś innym-włączyłem komunikator, Thomas lekko się zdziwił-Mógłbyś wyłączyć tą kamerę?- Na efekty nie musiałem długo czekać
-Yyy, Thomas?-wychylił się zza drzwi Hass-Jest problem z kamerą. Coś jednak jest w tym co mówi-I zniknął. Mcaffrey wciąż mi nie wierzył.
-Miałeś zwyczajnego farta, szczylu, spraw by mi opadła szczęka.
-Ok. Niech mnie pan uderzy
-Jesteś tego pewien? Jestem dobry w te klocki. W tym pokoju sprałem na kwaśne jabłko mnóstwo osób.
-Wal pan!
Wykonał prawy sierpowy. Nie próbowałem uniku, nawet o nim myślałem. Po prostu chwyciłem jego rozpędzoną pięść i nie puszczałem. Zacząłem ją ściskać z całej siły. Gliniarz próbował z tym walczyć, ale jedynym efektem jego starań była zmiana koloru twarzy z białej na czerwoną. Sprawiłem, żeby ukląkł.
-To niemożliwe!- Darł się Mcaffrey-Puść mnie do cholery!
-Teraz mi pan wierzy?
-Puść mnie!- Na twarzy pojawiło się przerażenie.
-Wierzy mi pan?
-Wierzę ci! Wygrałeś! Puść mnie!- puściłem. Drugi detektyw też był pewnie mocno zszokowany-Jack, możesz nas zostawić samych?- powiedział w kierunku szyby-Dobra, młody, czego chcesz?
-Pozwól mi gadać z ruskiem. Tylko tyle. I wypuszczenie mnie i moich towarzyszy. Ktoś musi uratować świat.
-Wiesz, to nie będzie łatwe...
-Nie bój się, mam plan, musi pan...
Rozległ się dzwonek telefonu. Nie mojego, bo mi go skonfiskowali. Thomas odebrał.
-No bez jaj! Nie po to go...! Nieważne, już jadę-rozłączył się-sukinkocik nawiał z pierdla! To co wykombinowałeś?

-Jeden ruch sukinsyny, a go rozwalę!- Wyleciałem z pokoju przesłuchań... mając detektywa jako zakładnika. Użyczył mi swojej broni,zmodyfikowanej Beretty 92, z powiększonym magazynkiem, którą mu przyłożyłem do głowy. Zmierzaliśmy w kierunku cel, co rusz grożąc innym policjantom zastrzeleniem Thomasa.
-Dobra tu jesteście-Znalazłem swoich ziomków, wciąż miałem detektywa „przy sobie”-Odsuńcie się, będę otwierał-Kopnąłem w drzwi, te aż wyleciały z zawiasów.
-Co ty wyprawiasz?!-oczywiście jako pierwsza musiała mnie opieprzyć Amy.
-Próbuję nas ratować. Chyba, że chcecie tu zostać, nie ma sprawy. Jak ten skurwysyn uciekł-wskazała palcem celę po drugiej stronie, miała rozwaloną ścianę.
-Auto wjechało i go zabrali-wytłumaczyła.
-Ha. Dobra, którędy do twojej gabloty?- spytałem się Mcaffrey'a. Oprócz broni dał mi też kluczyki do samochodu, bo będzie potrzebne. Gliniarze cały czas nas pilnowali, a ja cały czas im groziłem.
Całkiem fajną furę ma ten Mcaffrey. Dodge Challenger SRT 8. Postrach dróg. To jest coś, czego nam teraz potrzeba. Rzuciłem kluczyki rudej i kazałem im pakować się do środka.
-Sprawdźcie schowki i bagażnik. Przyda się wam-powiedział Thomas-A! Nie porysujcie go.
Puściłem go wolno, ale cały czas w niego mierzyłem. Wsiadłem z przodu obok kierowcy, Auto ruszyło. Zdążyłem mu jeszcze pomachać. On zrobił to samo.

Pomachałem mu. Mam nadzieję, że wie co robi, bo chciałbym by ten cyrk z „zakładnikiem” nie poszedł na marne. Podszedł do mnie szef.
-McAffrey! Czy mi się wydaję, czy to wszystko była podpucha?
-A i owszem. I kto wie? Może właśnie uratowałem świat? Jeszcze mi za to podziękujesz- odpowiedziałem dziarsko. Szef wyglądał tak, jakby chciał mi dać w pysk, ale jednak tego nie zrobił. Trzeba ścigać ruska.

-Ten gliniarz jest porąbany!- stwierdził Greg, gdy przetrząsał bagażnik samochodu, którym wjechaliśmy w boczną uliczkę. Znalazł tam granatnik M79, dwie sztuki karabinu M4 oraz MP7. To wszystko z zapasową amunicją. W schowkach ukryte były jeszcze granaty odłamkowe i jeszcze więcej amunicji-Założę się, że połowa wagi tego auta stanowi broń.
-Robin, gdzie jest Kotickovich?- zapytałem się komputerowca.
-Pędzi autostradą jak szalony. Chyba zamierza uciec z miasta. Zaznaczę go w twoim IPhone'ie.
-To my musimy być szybsi. Gotowi? To ruszamy!

Pędziliśmy autostradą, unikając jak ognia przepisowej prędkości. Innym uczestnikom ruchu pewnie się wkurzali , gdy pędziliśmy koło nich około 200 na godzinę. Do tej szalonej jazdy brakowało tylko jednego...
-A może muzykę włączymy?-zapytałem.
-Mnie tam wystarcza pomruk silnika-stwierdził Gregory.
-Masz rację, ale jak dojdzie do walki to chciałbym poczuć mrowienie w jajach i żądzę demolki.
-Z tym ostatnim się zgodzę-rzucił Perr.
Sprawdźmy co my tu mamy. Włączyłem radio i wyciągnąłem płytkę. Nic na niej nie było napisane. Zaryzykuję i i dowiem się czego to słucha Thomas Mcaffrey w drodze do pracy. Wsadziłem z powrotem i dałem play. Po usłyszeniu pierwszych nut odetchnąłem z ulgą od razu poznałem zespół Rise Against.
-O! I przy takiej nucie to można zabić własną matkę nawet. Bez urazy, Lark-powiedział Rico.
-I w sam raz mamy też towarzystwo-powiedziała Amy patrząc do tylnego lusterka-Trochę ich dużo.
Miała rację. Masa czarnych SUV'ów wyładowanych po brzegi mafiozami jechała za nami. Ja tam nie widziałem problemu. Mamy broń, mamy muzykę, która pobudzała nas do zabijania... Jesteśmy gotowi na wszystko.
-Załadować o odbezpieczyć, ludziska-rozkazałem.
-Rozkazywanie to chyba moja domena-zauważyła ruda.
-Wiem, ale zawsze chciałem to powiedzieć-skwitowałem z uśmieszkiem-Czas na zabawę panowie!
Ludzie z terenówek powychodzili z okien. Byli uzbrojeni chyba we wszystko, co wyprodukował przemysł zbrojeniowy. Zaczęli strzelać. Wystarczyła dłuższa chwila, żeby porozwalali wszystkie szyby i narobili trochę dziur w karoserii. Dobrze, że Thomasowi nie obiecałem zwrotu auta w nienagannym stanie. Pierwszy SUV rozwalony został dość szybko. Jechał za nami i na sąsiednim pasie, wyciągnąłem ze schowka granat, wyciągnąłem zawleczkę, odczekałem chwilę i puściłem na asfalt. Moment wybuchu był idealny, tył samochodu rzucił do góry i wylądował na dachu. Kolejny został wyeliminowany poprzez zabicie kierowcy, po jego śmierci auto walnęło w murek.
-Psia mać!-Wrzasnął Greg-Dostałem w ramię! Ale kula przeszła na wylot na szczęście. Dzihad kwiatek!- wyciągnął M79 i strzelił w terenówkę, z której pochodził nieszczęsny strzał. Ta zamieniła się w jeżdżącą kulę ognia.
-Takiej reakcji siępo tobie nie spodziewałem, braciszku-zauważył Rico
Do Kotickovicha wciąż daleka droga, a przeciwników nie ubywa.

Do cholery, mogłem od razu tego ruska zabić! Przez niego teraz jakieś dzieciaki demolują mi miasto. Zazwyczaj to była moja domena. Już zdążyłem minąć radiowozem kilkanaście wraków samochodów należących do mafii. Z daleka było widać orgię zniszczenia. Wolałem się tam nie pchać, doskonale sobie radzą i beze mnie. W tylnym lusterku zobaczyłem kolejnego świra, chociaż to nie była gablota mafii, oni zazwyczaj nie jeżdżą pomarańczowymi Chevroletami Camaro. Zrównał się ze mną i opuścił szyby.
-Mcaffrey!-to był Paisy, to on w ogóle umie prowadzić? Na dodatek z kulą w nodze?-Pewnie się zastanawiasz jak mogę prowadzić z kulą w nodze, co? Ha! Ból jest warty takiego wysiłku. Teraz to ja dorwę ruska i bachorów. W telewizji będą mówić o heroicznej akcji detektywa Thorne'a oraz o tym jak wielki Thomas...!- w tym momencie wyrąbał w tył ciężarówki z prędkością ponad 160 kilometrów na godzinę. Przód gabloty skrócił się o połowę i aktywowała się poduszka powietrzna. Jakby baran patrzył na drogę to by się to nie stało. Lubię robić mu krzywdę, ale patrzenie jak on sam sobie ją robi sprawia mi jeszcze więcej radości.

-No, to był ostatni-stwierdził Rico ,zaraz po tym jak zniszczył ostatniego SUV'a amunicją śrutową z granatnika.
-Ładnie ten rusek  zapierdala, wciąż jest ponad kilometr przed nami-powiedziałem zerkając na GPS-Potrzeba czegoś szybszego, bo tak to go nigdy nie dogonimy. Zaraz. Widzę, że problem rozwiązany-za nami pędzili kolejni ludzie Kotickovicha, ale tym razem na motocyklach.
Jeden z nich zrównał się z naszym wozem. Wyciągnął pistolet, ale był na tyle blisko, żebym mógł go chwycić, przyciągnąć go, pozbawić broni i zastrzelić z przyłożenia. Potem zrzuciłem trupa z motoru i jak najszybciej na niego wsiadłem.
-Do zobaczenia za kilka kilometrów-pożegnałem się z drużyną i popędziłem przed siebie.

Wystarczyła chwila, żeby i mnie też zaczęli ścigać. Im bardziej chyba zależało na mnie niż na moich koleżkach. Jeden z ciulów prawie by mnie zdjął, trafił w tylne światło. Szkoda, że niewiedzą z kim zadarli. Obróciłem motor przodem do ścigających mnie wrogów oraz postawiłem na przednim kole. Nie ma nic bardziej ekstremalnego jak stójka na przednim kole do tyłu z prędkością prawie 200 km/h. Potem wyciągnąłem pistolet i zacząłem do nich naparzać z MP7. Niektórych zabijałem, niektórym odstrzeliwałem opony. Po rozwaleniu ścigających, przestawiłem jednoślad do normalnej jazdy.

Widać sukinsyna w oddali. Manewruje między samochodami jak szalony. Już prawie go mam. Akurat w tej chwili musiał nadlecieć śmigłowiec, z kolesiem z M60 na pokładzie. Pościg bez helikoptera to nie jest pościg. Kręcił się dookoła, a ja musiałem manewrować, żeby nie oberwać. Lecz po chwili nadarzyła się okazja. Helikopter leciał dość nisko, a przede mną jechała laweta, z której można w sam raz wyskoczyć. Trzeba tylko wybrać odpowiedni moment. Ta chwila właśnie nastała. Dałem po gazie najwięcej jak się dało, po wjechaniu na lawetę postawiłem nogi na siedzeniu, a gdy motor poleciał, to podskoczyłem i chwyciłem się za płozy. Strzelec chciał kolbą walić po łąpach, co nie było najlepszym rozwiązaniem. Chwyciłem za spust karabinu, ten wypalił, strzelec spadł ze śmigłowca. Wdrapałem się do środka, lecz zaraz pilot wyciągnął pistolet, którego zaraz go pozbawiłem kopiąc go w rękę. Wiedząc, że nie jest nic w stanie zrobić, kazałem mu lecieć ku ruskowi. Przeładowałem lkm. Doskonale widziałem Kotickovicha, który siedział z tyłu swojego czarnego BMW M3. Ten spojrzał na helikopter, po jego spojrzeniu  wiedziałem, że on wiedział, że ma przesrane. Najpierw przebiłem opony. Potem rozwaliłem silnik, bemka roztrzaskała się o inne auto, a następnie przekoziołkowało. . Na końcu, ostrożnie celując, zabiłem ewakuującą się obstawę. Kazałem pilotowi wylądować. Potem dostał kolbą w potylicę.

Rosjanin ledwo co zdołał wyczołgać się ze zniszczonego samochodu. Oparł się o resztki samochodu. Spojrzał na mnie, jak do niego się zbliżałem, jego twarz mówiła teraz „Psia mać, tylko nie on!”.
-Wreszcie sobie pogadamy jak mężczyzna z mężczyzną-powiedziałem, chwytając go za łachy-Zaczniesz gadać od razu, czy musi zaboleć?
-Wal się!-opluł mnie.
Dawno nikogo nie sprałem swoimi własnymi rękoma. Okładałem go po twarzy pięściami z jednej i drugiej strony, żeby po równo było. Potem pociągnąłem mu z główki. Na deser cios w wątrobę, rusek się zgiął i zerwał z kolanka. Krew spływała mu z każdego otworu głowy.
-Mało, czy jeszcze poprawić?-zapytałem dla pewności.
-Dobra, wygrałeś. Teraz wiem już na co cię stać. Chryste, kim ty jesteś?
-Sam sobie często zadaję to pytanie. A teraz mów. Gdzie jest Savage? Co chce zrobić z bombą? Gdzie ją odpali?
-W zasadzie to nie wiem gdzie jest pan Savage-ze wściekłości szykowałem pięść do ciosu-Ale! W Tokio, w restauracji pana Mei pojawią się wszyscy członkowie zarządu EnerComu, oraz osobisty ochroniarz pana Savage'a-od razu pomyślałem o Johnny'm. Nic więcej nie wiem. Przysięgam! Co teraz ze mną zrobisz?
-Oddam cię policji. Ostrzegam cię. Jeśli znów spróbujesz ucieczki, to cię znajdę i ci tak wpierdolę, że nawet smród po tobie nie zostanie.

Właśnie przyjechali moi ziomale i Mcaffrey. Policjant chwycił się za głowę, gdy zobaczył swojego Dodge'a.
-Coście do kurwy nędzy zrobili z moją gablotą?! Mam nadzieję, że mi ją odkupicie. I że było tego warte.
-Czy odkupimy? Tak tak jasne-szczerze w to wątpiłem-Możesz wziąć sobie tego ciula, wyciągnąłem z niego wszystko co chciałem.
-Wygląda tak, jakby mi miał umrzeć w drodze na komisariat.
-Niestety nie mogę ci obiecać, ze przeżyje.
Przyleciał Jamei. Pewnie Amy musiała go wezwać.
-Czas na nas.
-A byłbym zapomniał-Thomas wyciągnął z kurtki mój rewolwer, który mi podał-Zdążyłem zwinąć z magazynu dowodów.
-Dzięki. Jestem twoim dłużnikiem.

Wsiedliśmy wszyscy do ospreya.
-Co wiemy?-zapytał Gregory.
-Lecimy do Japonii. Tam wszystkiego się dowiemy.

http://g.bf3stats.com/pc/2Z5H1Cx6/reaggenerator.png

Odp: Kącik twórczy larksona

Przeczytałem już w dniu premiery, fajne- jak zwykle.

Ostatnio edytowany przez towariszKamandir (2012-03-15 22:17:12)

http://i1.kwejk.pl/site_media/obrazki/2012/02/6b12f4aa982612e445fde765dc69b72f.gif?1329736950http://i1.kwejk.pl/site_media/obrazki/2012/02/7007bc8d65f3b9c2849337a47bc9c8a2.gif?1330081849

80

Odp: Kącik twórczy larksona

A ja nie mam pojęcia jak mogłem przegapić moment premiery tongue  Oczywiście zgadzam się z moim poprzednikiem - trzymasz wysoki poziom i oby tak dalej wink

http://img824.imageshack.us/img824/9823/guiltygearchibisetbypom.jpg

81

Odp: Kącik twórczy larksona

Enjoy!

Rozdział X
Skrzydłowy
Tokio, 07 stycznia, godzina 21.20
    -Z tego co widzę, to kasy na ochronę nie żałowali-informował nas Robin, gdy byliśmy w drodze do miejsca wskazanego nam przez ruska. O dziwo na lotnisku nie było problemów, a broń już na nas czekała, póki co wszystko gładko szło. Pewnie prędzej, czy później znów coś nawali i zginie więcej osób niż powinno, jak mówi pewne przysłowie „Jeżeli myślisz, że idzie dobrze – na pewno nie wiesz wszystkiego” -Ale to nie będzie dla was problem, co?
-Jeśli będę chciał mieć problemy, to się ożenię-odpowiedziałem
-True story-odezwał się Greg, który od dłuższego czasu milczał.
-A teraz połącz mnie z Szefem-rozkazałem. Po chwili czekania nawiązało połączenie.
-Czego zaś?-zapytał prostacko.
-To jak będzie z tym jego samochodem?
-Nie-rozłączył się natychmiastowo. Złamas, Mcaffrey uratował mi kupę, więc mu się należy.
-No niech go...! Psia kupa, daleko jeszcze?- Zagaiłem do kierowcy, którym tym razem był Perry. Wszyscy uważali, że to kiepski pomysł, ale podobno to teraz jego kolej. Co ciekawe nie szalał, nie wjeżdżał na chodnik, nie potrącał pieszych na pasach ani nie zrzucał motocyklistów ze swoich maszyn.
-Już jesteśmy-zatrzymał samochód Rico.
Stanęliśmy w niedalekiej odległości wysokiego budynku, który był naszym celem. Oprócz wspomnianej przez Kotickovich'a restauracji znajdowały się tam również sale konferencyjne, spa i tym podobne atrakcje. A tym wszystkim zarządza niejaki pan Mei, który podobno nie ma nic wspólnego z Savage'm i jego korporacją. Wejścia do budynku pilnowało dwóch ochroniarzy w gajerach, ale nie specjalnie napakowanych. Ewidentnie trwała jakaś impreza Wątpię, żeby nas wpuścili ot tak.
-To jak tym razem wchodzimy?- spytałem.
-A jak myślisz? Tak jak zwykle-odpowiedział Perr, oglądając swój pistolet.
-A może jak raz się postarajmy, żeby nikt nie ucierpiał? Może choć jedną misję chcę wypełnić bez świstających kul koło uszu? Może ktoś o mnie pomyśli? Chociaż jeden raz?!- wyżalił się Gregory. Jeju, jeszcze takiego wkurzonego nie widziałem.
-Okeeej, może ja mam pomysła. Może niech nasza pani dowódczyni coś ten tego... Wiecie co mam na myśli-zaproponowałem.
-Warto spróbować-wysiadła Amy bez zastanowienia, a my tylko obserwowaliśmy jak zmierzała do goryli.
-Ej, ja tylko żartowałem! Nie wiedziałem, że weźmie to na serio-zdziwiłem się.
-To ty jeszcze jej nie znasz. Powinieneś przeczytać jej akta z bazy danych firmy. Wtedy byś wiedział, że ona lubi takie rzeczy-tłumaczył mi Rico.
Wow, czyli moja teoria z początku nieprawdopodobna nabiera teraz sensu?

Poprawiła włosy i poszła. My tylko obserwowaliśmy jak ich zagadywała. Starała się wyglądać jak najbardziej seksi. Niestety jej nie wychodziło i spotykała się z odmową. Wtedy sięgnęła po ciężkie działa. Dwa ciężkie działa. If you know, what I mean. Aż zaniemówiliśmy z wrażenia. Ale i to nic nie pomogło. Wracała do samochodu, lecz w połowie drogi wyciągnęła pistolet, odwróciła się i oddała dwa celne strzały. Goryle padli. Ludzie kręcący się w pobliżu uciekli w popłochu. Dołączyliśmy do niej.
-A nam nigdy nie pokazała cycków-stwierdził Rico.

Weszliśmy do restauracji. Wszystko urządzone typowo po japońsku. Faktycznie, ochrony od cholery, a nawet więcej. Trzech goryli na metr kwadratowy. Też byli ubrani w garnitury, ale się różnili od tych na zewnątrz jednym małym szczegółem.
-Czemu oni wszyscy mają katany? Robin?-spytałem ćwoka.
-Tak?
-Nie zapomniałeś nam o czymś powiedzieć?
-Ano, wszyscy są uzbrojeni w...
-To było pytanie retoryczne, głąbie! Jak wrócę, to ukrzyżuję cię głową w dół! Nie rozumiem, kto mógł ci dać tę robotę...
-To fajnie!- ucieszył się Perry-Będzie dużo łatwych fragów.
Mnie się to nie podobało. Ja tam lubię wyzwania. Równie dobrze mógłbym rozstrzeliwywać cywilów na lotnisku. Jakaś wewnętrzna siła powiedziała mi, że to nie honorowo i rzuciłem broń.
-Lepiej też to zróbcie-doradziłem swoim towarzyszom.
-Oszalałeś?!- powstrzymywała mnie Amy-Chyba nie pójdziesz z nimi z samymi pięściami?
-Oczywiście, że nie pójdzie-odezwał się głos z oddali. Nie trudno rozpoznać głosu tego murzyna. To był Johnny. Trzymał kilka mieczy w ręce-Podobnie jak ja został zaprogramowany do honorowej walki. Zawsze swoim przeciwnikom dajemy szansę. Jak to prawdziwi dżentelmeni. Tak więc radzę, przyjmijcie te oto cztery nagie samurajskie miecze i pokażcie na co was stać!
-Hmm, czterech na około dwustu to nie jest raczej honorowe zagranie, nie sądzisz?- zapytałem.
-Nie do końca-odezwał się Gregory-Byliśmy szkoleni w walce każdym rodzajem broni, w tym kataną.
Czarnuch podał mi broń. Cztery sztuki broni białej, rozdałem pozostałym. Perry dalej miał wątpliwości.
-mówię to. Po grzyba sobie będę utrudniał-załadował karabin Hox. Jednym szybkim ruchem miecza wybiłem mu ten pomysł z głowy. Nie, nie odrąbałem mu łepetyny, chociaż to kusząca myśl. Przeciąłem lufę jego XM22-To zmienia postać rzeczy-stwierdził.
-A teraz ty-wskazałem kataną na Johnny'ego.
Zaczęliśmy się przygotowywać do walki. Fizycznie i psychicznie. Strażnicy też wyciągnęli swoją broń. Tylko kolejny z braci Hox zaczął coś marudzić.
-No pięknie, zamiast kulki w rzyć dostanę kataną między żebra-pieprzył od rzeczy Gregory.
-Wiesz, że takie nastawienie nam nie pomaga? A tak w ogóle-przystałeś do emo, czy jak? Od wyjazdu jesteś zmięty jak paczka fajek. Weź się o kurka ogarnij-próbowałem go przyrównać do porządku.
-Po prostu dawno nie miałem urlopu. Ileż można zabijać i niszczyć?
-Spróbuj znaleźć w tym przyjemność-rzucił braciszek.
-Obiecuję wam-jak skończymy z Savage'em to upijemy się na plażach Marbelli
-I to ja rozumiem!-ucieszył się Greg. +5 do morale Drużyny.
-Zaczynamy! -krzyknąłem i ruszyliśmy do ataku.
Szeregowych najemników zostawiłem towarzyszom. Ja chciałem upolować grubą rybę.
Poleciałem za czarnuchem jak strzała, tudzież jak bełt... pocisk...Struś Pędziwiatr. Nieważne. Po drodze kosiłem strażników niczym kosa zboże... albo jak piła drewno. Cholera, wszyscy są jacyś dziwni dzisiaj. Wymyślam jakieś dzikie porównania. Pieprzyć to.

Parłem do przodu za Johnny'm. Czekał na mnie na drugim końcu sali. Nie miałem litości dla przeciwników stojących mi na drodze. Pozbawiałem ich nóg, rąk, otwierałem im bebechy, jednemu nawet przeciąłem krocze. Krew się lała niesamowicie. Drużyna też dawała radę. Byli o wiele lepsi niż przypuszczałem. Wrogowie nie mieli z nami szans.
-Znów się spotykamy, Johnny-zacząłem jako pierwszy finałową gadkę.
-I nawzajem... kolego. Jakieś ostatnie słowa dla potomnych?
-Naprawdę chcesz zginąć? Przecież wiesz, że i tak przegrasz, bo jestem z tych dobrych, a oni zawsze wygrywają.
-Nie! Zauważ, że to nie film, książka, ani opowiadanie pisane przez jakiegoś znudzonego studenta. To samo życie! Więc się poddaj i dołącz do Savage'a. Staniesz po jego prawicy i razem będziecie rządzić w nowym świecie, który nie będzie znać zła.
-A ty?
-Nieee. On wobec mnie ma inne plany.
-Dlaczego to robisz w ogóle? Ale tak serio. Przecież jesteśmy kumplami. Ja dla przykładu nie chcę cię zabijać. Tak, były sytuację, w których byłeś wkurzający. Tak, nie lubię twoich horrorów. Tak, nie wiesz czym jest Monty Python, ale jestem... byłem twoim najlepszym Skrzydłowym-próbowałem przemówić mu do rozumu, bo naprawdę nie chciałem go zabijać. Całą ta sytuacja wygląda groteskowo, kiedy moi walczą na śmierć i życie z najemnikami, a my sobie rozmawiamy.
-Wiesz co, rzeczywiście. Pamiętasz jak próbowałem poderwać Jessicę Blunt? Ta co przyjechała na konkurs aż z Nowego Jorku?
-O tak, udawaliśmy wtedy, że wybrano nas do programu kosmicznego NASA. Prawie się udało, gdyby nie przechodziła wtedy obok Christine Taylor.
-Christine... Coś mi dzwoni, tylko nie wiem gdzie...
-To ta brunetka z dużymi...
-A pamiętam! Powiedziałem jej, że wybrano mnie na kierowcę F1, a ty byłeś moim agentem. Ha! Mieliśmy przy tym ubaw po łokcie!
-Ale i tak dostaliśmy od obydwu po mordzie... Barney Stinson byłby z nas dumny... Tak więc... Naprawdę chcesz to robić?
-Tak... Nie! Nie wiem... Ja...-zaczął się dziwnie zachowywać-Przestań! Nie rozkazuj mi co mam robić!-w tym momencie upuścił miecz zgiął się, jakby porażono go prądem, po czym spojrzał swoimi oczami prosto na mnie. To nie było spojrzenie mojego kolegi.

Podniósł miecz i zaszarżował. Zupełnie jakby stracił nad sobą kontrolę. Musiałem przejść do defensywy, nie mogłem przy takim gradobiciu ciosów wyprowadzić kontrataku jakiegokolwiek. Wykonałem kopniaka, to go trochę zbiło z rytmu, dało mi to okazję do ataku. Ledwo udało mi się drasnąć brzuch, nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia. Zaatakowałem drugi raz, ale zablokował. Po chwili kombinowania, jak by tu dźgnąć rywala i samemu nie zostać dźgniętym, zaczęliśmy się siłować na miecze.
-Już niemal wszystko gotowe-teraz już miałem pewność, że to nie był Johnny, tylko Savage, który przejął nad nim całkowitą kontrolę-Już nie zdążysz mnie powstrzymać.
-Chcesz zniszczyć świat, tylko zapomniałeś, że siebie też zgładzisz.
-Jeszcze się nie domyśliłeś? Naprawdę myślisz, że nie przygotowałem sobie zawczasu jakiejś kryjówki? Wszędzie o tym trąbią.
-Jak wszędzie? Ty cwana żmijo...-w tym momencie już wiedziałem, gdzie znajdę gnoja.

Chciałem kontynuować walkę, gdy usłyszałem krzyk Greg'a. Oberwał i przewrócił się na ziemię. Napastnik już miał wykonać cios kończący. Nie mogłem do tego dopuścić. Jak najszybciej wyciągnąłem Kobrę i wypaliłem w żółtka. Siła dwóch pocisków kalibru 44. zmiotła go aż do ściany. Niestety Johnny... Savage się znaczy wykorzystał okazję i wytrącił mi katanę z ręki. Następnie przebił mnie mieczem na wylot. Bolało jak skurwysyn, krew się polała jak skurwysyn. Na szczęście rewolweru nie upuściłem i jakoś zdołałem go postrzelić. Nie rozwalił się o ścianę, ale zaliczył długi lot.

Nie takiego finału się spodziewałem. Przy ogromnych bólach wyciągnąłem miecz z brzucha. Nie dałem rady ustać na nogach. Doczołgałem się do czarnucha. On też ledwo żył.
-Psia mać... co się stało?-zapytał się przerażony Johnny. Nie był już pod kontrolą.
-Wszystko będzie dobrze. Musiałem ci tylko zrobić dodatkowe dwa otwory w ciele-próbowałem jakoś ratować sytuację swoim humorem-W sumie jesteśmy kwita, bo patrz...-pokazałem mu moją krwawiącą mocno ranę.
-Jak myślisz, będziemy jeszcze wyrywać razem laski?- uśmiechnął się kumpel.
-Na pewno, jesteśmy przecież superżołnierzami. Co to dla ciebie dwie dziury wielkości piłki golfowej? Zobaczysz, jak to się wszystko skończy, uwalimy się jak dzikie wieprze. Ja stawiam.

Sytuacja się wyraźnie uspokoiła. Oprócz moich już chyba nikt nie przeżył. Mnóstwo trupów, mnóstwo krwi i oderwanych kończyn. Nie było jak nogi postawić, żeby nie nadepnąć na czerwoną kałużę. Policja i firmy pogrzebowe będą mieć kupę roboty.

-Lark!-przybiegła Amy-Niech to szlag, trzeba cię zabrać do Mitchell'a... A ten czemu jeszcze żyję?! -uniosła miecz, żeby zadać ostateczny cios.
-Nie! On jedzie z nami.
-Żeby nie spodziewanie cię... nas wykończył? O nie!- Coś dziwnego było w tym co powiedziała, ale nie miałem czasu się nad tym zastanawiać.
-Doktorek wyjmie mu moduł kontrolujący. Jeśli da radę oczywiście. Tak czy siak-nie dam się mu tu wykrwawić, choćbym miał was powystrzelać!
-Dobra, ale jakby co, to ty będziesz za wszystko odpowiedzialny.

Nie pamiętam co było dalej. Zemdlałem. Jakieś odgłosy próbowały do mnie docierać. Słyszałem Hox'ów i Amy jak się kłócili. Pewnie też im się nie spodobał ten pomysł. Potem ostra ucieczka samochodem z policją na ogonie. Następnie kolejne wrzaski, tym razem Mitchell'a. Dalej już nie wiem.

Obudziłem się na pokładzie ospreya. To znaczy, że jednak może zdołam uratować świat.
-Wreszcie się obudziłeś-Nie musiałem się odwracać, żeby rozpoznać czyi to był głos. Gdy go jednak usłyszałem od razu lżej mi się na sercu zrobiło.

Ogłoszenia parafialne:

Następny rozdział Larksona będzie ostatnim tego sezonu. Mam też pomysł na zupełnie nowe opowiadanie, oraz drugi sezon of kors. Jak się uda to dwa naraz będę pisał, więc co chcielibyście zobaczyć najpierw?

http://g.bf3stats.com/pc/2Z5H1Cx6/reaggenerator.png

82

Odp: Kącik twórczy larksona

A w jakich klimatach ma być to nowe opowiadanie?

http://img585.imageshack.us/img585/5772/acta5.jpg
"NIE" dla ACTA! Precz z komuną w Internecie!

83

Odp: Kącik twórczy larksona

Super, odrobinę finałem z Kill Bill vol. 1 trąci smile

Jeśli nazwę kogoś Danielosem, mam rację.
Jeśli uważasz inaczej, patrz wyżej. Mam większe doświadczenie w kontaktach z naszym ukochanym trollem niż ty...

84

Odp: Kącik twórczy larksona

@pawcio-zwiastun pojawi się w najbliższym czasie.
@morti-Specjalnie dla tego rozdziału obejrzałem jeszcze raz ten film smile

Ostatnio edytowany przez larkson (2012-05-08 20:59:39)

http://g.bf3stats.com/pc/2Z5H1Cx6/reaggenerator.png

85

Odp: Kącik twórczy larksona

Rainberg
Trailer
Opowieść o człowieku o niezwykłych umiejętnościach. Nie, nie żaden koleś poddany ulepszeniom wbrew jego woli, by dzięki nim powstrzymać szaleńca chcącego zniszczyć świat. Niezwykły już był od urodzenia. Miał choćby doskonałą pamięć, do której określenie „fotograficzna” jest niewystarczające. Nie potrafił usiedzieć w jednym miejscu. Parał się różnymi zajęciami. Był naukowcem, najemnikiem, poławiaczem krabów, cholera wie kim jeszcze. Teraz, gdy dobił pięćdziesiątki i osiągnął już w zasadzie wszystko, postanowił osiąść w spokojnym i ciepłym miejscu. Niestety ktoś się nim zainteresował i chce go wykorzystać do własnych celów. Co pozostało? Schować się w swoim atomowym bunkrze (kasy mu nie brakowało), otworzyć butelkę whisky, zapalić cygaro i przypomnieć najciekawsze chwile swojego życia.

http://g.bf3stats.com/pc/2Z5H1Cx6/reaggenerator.png

86

Odp: Kącik twórczy larksona

Zapowiada się ciekawie smile. To będzie coś jak zbiór opowiadań czy powieść podzielona na rozdziały?

Ostatnio edytowany przez Maciek21c (2012-05-09 19:53:21)

http://narodowcy.net/wp-content/uploads/2012/01/zsre-300x300.jpg
"Przez 8 lat ta sama gra kurw@ tylko o innym tytule[...]Bobby Kotick, proszę Cię, wprowadź abonament do tej gry. Żeby nikt w nią nie grał" - Rojo o serii Call of Duty

Odp: Kącik twórczy larksona

zapowiada się nieźle.

http://i1.kwejk.pl/site_media/obrazki/2012/02/6b12f4aa982612e445fde765dc69b72f.gif?1329736950http://i1.kwejk.pl/site_media/obrazki/2012/02/7007bc8d65f3b9c2849337a47bc9c8a2.gif?1330081849

88

Odp: Kącik twórczy larksona

@Maciejże-powieść podzielona na rozdziały, w którym każdy rozdział będzie kolejnym wspomnieniem (nie dotyczy prologu i epilogu).

A i zapomniałem dodać-premiera w wakacje.

Ostatnio edytowany przez larkson (2012-05-09 23:20:12)

http://g.bf3stats.com/pc/2Z5H1Cx6/reaggenerator.png