Odcinek 1
UWAGA: W naszym języku, występuje piękne słowo na literę "k", które jednak powszechnie uważane jest za wulagrne. Słowo to, w poniższym tekście, zostało zastąpione słowem "kurczę".
Piątek, 19:47, pokój Edka
Edek właśnie pogrywał sobie w Martwą wyspę. Kolejny zombi utracił swoją kończynę, na skutek działnia naelektryzowanej piły łancuchowej. Chciał dojść do punktu zapisu, bo za 13 minut w TV leciał świetny film, który chciał oberzeć. Jednoczęsnie myślał o zadaniu z polaka- "Ja w obliczu śmierci". Widział siebie, jako ostatniego człowieka na Ziemi, który walczy z hordą żywych trupów. Śmiał się, zarzynając, ćwiartując i okaleczając tych, którzy kiedyś byli jego wrogami.
Te piękne fantazje przerwał brutalny dźwięk dzwonka w jego telefonie.
-Kurczę mać!- zaklął szpetnie, kiedy po omacku strącił z biurka telefon. Japoński produkt był jednak solidny, a czterdziestyszósty, niekontrolowany upadek nie zrobił na nim najmniejszego wrażenia. Edek schylił się po telefon. Dzwonił Dawid.
-AVE!- tradycjnie przywitał swojego kolegę.
-AVE pogromco truposzy!- odpowiedział Dudek. -Masz jakis pomysł na zadanie z polaka?
-Powątpiewam w sens tej rozmowy. Nie dzwoniłbyś w sprawie takiej pierdółki.
-Edek, do kurczewskiej nędzy, czegoś ty się znowu nawpitalał?
-Chyba zaszkodziła mi chińszczyzna, co ją na obiad zjadłem. Możesz przejść do rzeczy?
- Mogę. Mam pomysła na wypracowanie. Więc jutro jestem całkowicie niedostępny, jasne? Nie dzwoń, bo nie odbiorę.
-Taa, ale to TY zawsze dzwonisz z jakąś pierdołą!
-Oj tam, oj tam. Jutro jestem niedostępny. Koinec tematu. W niedzielę się odezwę. AVE!
-AVE, AVE...
Edek odłożył telefon. "Dawid w obliczu śmierci". Miał dziwne przeczucie, ze niczym dobrym sie to nie skończy.
Sobota, 08.27. pokój Dawida.
Ciężki, deathmetalowy kawałek wybudził Dudka ze snu. Miał nadzieję, że dzisiejszy wysiłek nie pójdzie na marne i zostanie doceniony przez nauczycielkę. Podniósł się, wciągnął spodnie, skarpety, koszulke i zeszedł na dół. Pora higienna, jakaś rąbanka naśniadanko i można szukać pomysłu na wypracowanie.
Wyszedł na dwór. Rambo, jego brązowy rotweiler powitał go pokazując swe piękne uzębienie. Wczoraj, był na panienkach, więc humorek mu dopisywał. Dudek skierował swe kroki do garażu, skąd wyciągnął swojego górala. Miał zamiar przejechać sie po okolicy, co by pod wpływem ponurego otoczenia wymyślic cos ciekawego. Miał też zamiar odwiedzic opuszczone miesiąc temu magazyny. Dawniej był tam skład fajerwerków, ale przez upały, doszło do samozapłonu. Reszty chyba opowiadać nie trzeba. Teraz budynki były zamknięte na cztery spusty, ale wypalone ściany, wybite szyby, oraz ciągle unoszący się swąd palonego ludzkiego mięsa na pewno podsunie coś ciekawego.
Wyprowadził rower na wąska asfaltową drogę. Skierował się w prawo, dojechał do głównej drogi i ponownie skręcił w lewo. Magazyny mieściły się za wiaduktem, jakiś kilometr dalej. Ustawił odpowiednie przełozenie i ruszył z kopyta.
Tymczasem gdzieś indziej.
Czarne BWM zajechało z piskiem opon. Z pojazdu wyszedł łysy, dosć sporych rozmiarów koleś. Czaran, skórzane ciuchy i takiego samego koloru bryle na nosie. Typ wszedł do niewielkiego garażu. W środku, był przywiązny do krzesła i zakneblowany jakiś chuderlawy pajac. Po obu jego stronach stali kolesie, którzy wyglądali identycznie jak facio z auta.
-Dalej nic nie powiedział?- spytał kierowca tęgim głosem.
-Ani słóweczka szefie- odpowiedział ten po lewej.
-Mówiłem, szefie- ten po prawej wyciągnął gnata- kula w łeb i po krzyku!
Pajac zaczął skomleć. Dostał spluwą po swym kudłatym łbie.
-Schabowy, do kurczewskiej nędzy, ile razy mam ci powtarzać, ze my nie bijemy?
-Sorry szefie.
-Żeby mi to było ostatni raz!
-To co z nim zrobimy?
-Co sie głupio pytasz Mielony? Do bagażnika i na grzybki z cwelem. Do widzenia panowie.
Wróćmy do Dawida.
Właśnie przejechał pod wiaduktem, po czym skręcił w prawo. Zobaczył już zarys budynków. Dookoła pusto. Po prawej- nasyp, po lewej drzewa. Nie pchał sie główna drogą, z drugiej strony, gdyż Straż Moherowa na pewno czuwała. Potem znowu by były jakieś wycieczki do jego rodzicelów. Hooj z tym.
Dojechał do pierwszego budynku. Nacisnął rączkę hamulca, zatrzymał się i zsiadł z roweru. Dookoła nie było żywej duszy. Żółtawa fasada budynku, gdzieniegdzie nadpalona, wyglądała jak z filmu wojennego. Przeszedł dalej. Minął drzwi. Cofnął się, naparł na nie- były otwarte. Nie namyslając sie długo wszedł do srodka. Spora hala wyglądała odrażająco. Zwęglone półki, powyginany metal- ogólnie bród, smród i ubóstwo byłego żywota.
Smród.
Opórcz oczywsitego swądu spalonego, ludzkiego mięsa, Dduek poczuł cos jeszcze. Wciągnął powietrze nosem. Nie potrafił określić co tak wali. Zaciągnął się jeszcze raz. Zawrócił mu się w głowie.
-Co jest, kurczę?- spytał sam siebie.
Świat zaczął wirować. Po chiwli Dawid padł na glebę.
Bliżej nieokreśla przyszłośc.
Świat przestał wirować. Dudek czuł się jak po zeszłorocznym sylwku. Lewa ręka nie reagowała na polecenia wydawane przez mózg. Z prawym górnym przeszcepem było to samo. Dolne odrosty także miałe w zadku to, co każe robić im mózg. Czuł, że jego tyłek spoczywa na czymś. To przyniosło mu wewnętrzny spokój. Otworzył oczy. Przed nim stał jakis typ. Miał 3 rude włosy, ryło wyglądało jak papka z banana połączona ze zmiksowanymi truskawkami. Miał no sobie jakieś chińkie badziewie, a tak w ogóle to wyglądał na skończnego debila. Jednak bardziej martwił go niedowład kończyn. Spojrzał w dół. Teraz sam nazwał siebie idiotą. Dał się przywiązać jakiemuś spedalonemu pajacowi własnymi sznurówkami do krzesła.
-Mi być miło, żeś sie raczył obudzić- przemówił idiota.
Co to, kurczę za język?, pomyślał Dudek.
- Moja imię Ahmed Kebaab- przez dwa "a". Ja wiem kim ty być, tylko nie wiedzieć, co ty ru robić.
-Słuchaj, hamburger...
-KEBAAB!
-Niech ci będzie Kebaab. Jeśli chcesz mnie zerżnąc, to zrób to, bo ja nie mam czasu na pierdoły..
-Ja nie rozumieć. Ty mi powiedzieć, co ty robić w mojej interesie!
-Interesie?- wymamrotał Dudek.
Zza jego pleców wyłoniło się dwóch, podobnych kretynów. Jeden z kinolem wielkim jak Mount Everest, a drugi z brylami wielkimi jak denka od słoików.
-Oooh, som moi towarzysze. To Ostri Chili- wskazał na okularnika, a to Szasz Lyk- wskazał na drugiego.
-Kurczę, tylko grupowego gwałtu mi brakowało. Tylko po kolei proszę!- zaproponował dawid.
-Szefie. On myśli, że my go chcemu.. bara-bara- wyjaśnił Szasz.
-Ojj, to zaszła tu pomyłeczka chłopaku- Ty nam odpowiedzieć tylko na jedno pytanie: Jak wygląda wołowina?
-Wołowina.
-Ogłuchłeś? Tak! Wołowina!- warknął Ostri
-Wołowina... To zalżey. Niezbyt za nią przepadam
-Jak ty możesz nie przepadać za wołowina? To nielogiczne.
-Dlaczego? Tu jest demokracja Hambur.. Kebaab
-Demokracja-sracja! Ty mi zaraz masz powiedzieć jak wyglądać wołowina!
-Ok.Ok. Chyba jest brązowa..
-Brązowa?
-Czasami bywa różowa..
-Różowa?
-Tak! Kurczę! Różowa! Ogłuchłeś?
-O żesz ty smalcowy chamie jeden! Ty ponosic kara! Ostri, Sasz- do roboty!
4 godziny później.
Dudek wyglądał jakby miał zaraz zejśc. Cały był wysmarowany jakimś lepkim kupskiem, a do zapachów wydobywających sie z tego syfu chciało mu się rzygać.
-Szefie... on dalej nic nie mówić.
-Trudno Ostri. Pora na ostateczne rozwiązanie.
-Ale szefie. Ostatni pacjent sam się udusił po 20 sekundach.
-Ten mi wygląda na twardego. Daję mu minutę.
Ostri wyszedł. Po chwili przytaszczył telewizor i odtwarzacz DVD, i podpiął całe ustrojstwo.
Co mi puszczą Teletubisje? Smerfy? Wszystko wytrzyma.
Ahmed trzymał w łapie jakąś płytę.
-Podobno, w tym kraju, każdy rzyga, albo dostaje świra od tego chłamu. Ciekawi mnie twoja reakcja.
Dawid uśmiechnął się. Po chwili jendak banan zszedł mu z twarzy. Zobaczył okładkę płyty. Od razu rozpoznał, do kogo należy facjata, która sie na niej znajdowała.
Do Dżastina Bjebera.
CDN.
Ostatnio edytowany przez towariszKamandir (2012-01-31 21:16:46)